Bo wszystkie Andzie to fajne dziewczyny!

Dawno nie było żadnych przygód, prawda? No właśnie... Coś za spokojne życie prowadziliśmy ostatnio, a że natura nie znosi próżni, to czas na przygodę! Niestety, jedną z tych bardziej stresogennych, od których wszystko opada - ręce, cycki i co kto tam jeszcze ma. 😅

Pewnego jakże pięknego dnia w Hyderabadzie przestał nam działać Airtel. Pech chciał, że złożyło się to akurat z kolejnymi pracami na naszej ulicy (w końcu Indie to wielki plac budowy!), a co za tym idzie - z brakiem prądu. Czyli także internetu. Niemąż był niepocieszony, że nie mógł brać udziału w spotkaniach i musiał sobie w spokoju pisać kodzik. Ojej. 😂 Zakładaliśmy, że to jakaś chwilowa przerwa. W końcu jesteśmy w Indiach, więc to nie byłoby nic dziwnego, że wszystko padło równocześnie. Jednak drugiego dnia Airtel nadal odmawiał posłuszeństwa, a nam w Hyderabadzie został jeszcze tylko tydzień, więc sytuacja zaczęła się robić nerwowa. Bez Airtela przeżyjemy, ale komfort życia będzie kiepski, bo przypominam, że tutaj numer indyjski jest potrzebny prawie do wszystkiego. Nawet do skorzystania z wifi! W necie sprawdziliśmy, że sporo osób skarżyło się na podobne problemy, więc nadal zakładaliśmy jakąś awarię samego Airtela, zwłaszcza że reset wszystkich ustawień w telefonie nie pomagał. Niemąż wcześniej sugerował, że to na pewno ja coś namieszałam. Trzeciego dnia awarii sieci wybrałam się do salonu operatora, bo przecież ile można czekać. I tu zaczęły się schody. Oraz uniwersum Monty'ego Pythona (któryż to już raz podczas tego wyjazdu).

A: Dzień dobry, Wasz numer przestał mi działać.
X: Proszę podać numer. (po podaniu) Ale to nie jest numer Airtela.
A: Jak to? Przecież u Was kupowałam i później doładowywałam.
X: Nie, to nie nasz, nie mam w systemie, pomyliło się Pani, pewnie w Vodafone Pani kupiła!

I tak przez dobrą chwilę udowadniałam, że nie jestem wielbłądem. Po paru minutach jednak nie zdzierżyłam i przestałam być miła. Pomogło, bo okazało się, że jednak mają ten numer w systemie, ale widnieje jako nieaktywny... Niestety, Pan nie mógł mi nic więcej powiedzieć, bo numer był wyrabiany w innym stanie! Czyli pracownik Airtela w Telanganie nie zobaczy niczego nt. zgłaszającego się do niego klienta Airtela, który wyrobił numer w Airtelu w Bengalu Zachodnim... To jakby mieszkaniec Szczecina nie mógł niczego załatwić w Orange w Rzeszowie. To jednak nie koniec absurdów. Pracownik salonu zasugerował, żebym w takim razie poleciała sobie do Kalkuty i tam załatwiła sprawę... Normalnie porada roku i ubaw po pachy! 😂
Alternatywą było wyrobienie nowego numeru, jednak mieliśmy z tym spory problem. A konkretnie -wielkości 1 przeciętnego Indusa. Nasza rodzina ni w ząb nie mówiła po angielsku, my nie mówiliśmy w telugu, a tłumacz Google'a zawodził, więc w Hyderabadzie nie zyskaliśmy kalkuckiej cioci, która ustawi wszystkich do pionu.

Na infolinię nie mieliśmy jak zadzwonić (w końcu numer był nieaktywny), kontakt przez stronę odpadał, bo Airtel nie zamieścił żadnego formularza ani czatu. Skontaktowaliśmy się z właścicielką naszego mieszkania, żeby zagadała z opiekującą się nieruchomością rodziną, czy w razie czego pomogą nam wyrobić nowy numer. Do końca pobytu (czyli jeszcze przez prawie tydzień) nie dostaliśmy odpowiedzi. Jako że zamiast czekać na ratunek ze strony innych wolę sama działać (mierna ze mnie księżniczka), to co zrobiłam następnego dnia? Poszłam do innego salonu Airtela. I udawałam Greka, który dopiero co się zorientował, że mu telefon nie działa. 😂 W tym salonie jednak nie potraktowali mnie jak kompletnego debila - panowie od razu w systemie znaleźli numer, choć wciąż nie mogli sprawdzić szczegółów. Wytłumaczyli mi na spokojnie zasady dostępu do danych. Zamiast lotu do Kalkuty zasugerowali po prostu telefon do przyjaciela, żeby za nas wszystko załatwił na miejscu. Głupio jednak byłoby nam kłopotać Ciocię, najłatwiej (haha!) byłoby wyrobić nowy numer. Nadszedł zatem czas na najtrudniejszy moment - branie na litość ze szklącymi się od łez oczami niczym u Kota  ze Shreka. Jeden z konsultantów ulitował się nad ubogą turystką bez znajomości i obiecał zostać moim Airtelowym przyjacielem. Pech chciał, że nie wzięłam ze sobą paszportu, bo wciąż liczyłam na wyjaśnienie sprawy i przywrócenie aktualnego numeru... Obiecał, że następnego dnia też będzie pracował, więc możemy załatwić formalności wtedy.

W domu Niemąż poinformował mnie, że w czasie moich wypraw wyszukał powód awarii. Okazało się, że to wcale nie była żadna usterka. Airtel dezaktywował nam ten numer, ponieważ od 1.01.2023 w Indiach obowiązuje nowe prawo, według którego obcokrajowcy mogą mieć indyjski numer maksymalnie przez 3 miesiące! 🙈🙉🙊 Airtelu, serio? Nie poinformowałeś własnych pracowników o zmianie? Wysyłałeś nam 3 razy dziennie spam marketingowy, ale nie puściłeś żadnej notyfikacji o tym, że numer zaraz wygaśnie? Teraz faktycznie jedynym rozwiązaniem pozostaje wyrabianie nowego numeru... Oby chłopiec czekał na mnie w salonie kolejnego dnia! 🤞🤞

Jak myślicie, czekał? Nie, nie czekał... Był tylko jego kolega z poprzedniego dnia, ale on akurat nie wychodził przed szereg i wezwał po prostu managerkę. Kobiety są zdecydowanie bardziej odporne na kobiece łzy frustracji. Nikt z salonu nie zostanie moim przyjacielem, bo tak mówią wewnętrzne regulacje i koniec. Mam przyprowadzić znajomego Indusa do salonu, nie przejdzie przekazanie kodu weryfikacyjnego na komunikatorze. (Zwłaszcza że nie mieli darmowego wifi!) Pani ewidentnie była ekstremalną służbistką. Po 15 minutach opuściłam salon na tarczy... Po raz kolejny. Podtytuł tego bloga powinniśmy zmienić z 2 debile w Azji na historia porażek kilku. Albo historia bezsensownego tuptania, bo do tego Airtela miałam prawie 2km w jedną stronę. 😂 Po drodze zahaczyłam o małe stoisko z różnymi kartami sim. I byłam o tyle! o! o tyle! od otrzymania karty, bo pracownik już zaczął ogarniać papiery, ale zadzwonił jeszcze do szefa. A szef powiedział: Obcokrajowiec? Niech idzie do salonu, obcokrajowcom nie dajemy! 😭

Do 3 4 razy sztuka. W obliczu braku kontaktu ze strony właścicielki mieszkania dnia czwartego udałam się do jeszcze innego salonu Airtela. Zaopatrzona w 2 najsilniejsze bronie - dużo gotówki i jeszcze więcej desperacji. 😂 Od razu wyjaśnię dla jasności, że nie planowałam łapówki, bo nie popieram takiego rozwiązania. W Indiach łapówki wciąż mają się nieźle, jednak raczej w budynkach administracji publicznej. Natomiast w salonie telekoma raczej nikt by nie przyjął. Na przestrzeni ostatnich lat Indie mocno się poprawiły w tym względzie. Planowałam za to, jeśli nie skruszę serca kolejnego zespołu Airtela, kupić sobie przyjaciela pod salonem. 😆 Gdybym na ulicy zagadała, że zapłacę za przysługę 1000 Rs., to na pewno ktoś by się zgodził. Prawdopodobnie i za mniej, ale desperacja sprawia, że człowiek chętniej szasta gotówką, byle tylko krócej robić z siebie debila. W salonie nr 3 zaczęłam zatem standardową nawijkę. Tym razem tłumacząc już, czemu numer nie działa, ale że nie mam tutaj nikogo i w ogóle, co ja mam teraz zrobić, biedna turystka, a numer przecież potrzebny do wszystkiego. Absolutnie wszystkiego... Panowie byli niewzruszeni. Najwyraźniej poprzednie Airtele przekazały już, że po Hyderabadzie krąży jakaś niezrównoważona biała wariatka i trzeba się pilnować. A kto wie - może nawet z centrali ją przysłali na kontrolę? 

W tym całym nieszczęściu miałam jednak też szczęście, bo zlitowała się nade mną inna klientka. 💚🤍🧡 Tak na wszelki wypadek celowo opowiadałam swoją historię dość głośno z cichą nadzieją, że tak właśnie się stanie i nie będę musiała szukać przyjaciół na ulicy. Dowiedziałam się, że moja wybawczyni to studentka okolicznego uniwersytetu. (No tak! Przecież od początku trzeba było na uniwerek iść - tam przyjaciół od groma!) W dodatku ma na imię... Angelina! 👼 Anioł dosłownie i w przenośni! Dziewczyna spędziła ze mną w salonie ekstra godzinę - załatwianie formalności trwało masakrycznie długo. Poniekąd dlatego, że w tym samym czasie załatwiano jeszcze doładowania dla kilku innych klientów. W dużej mierze jednak miałam (miałyśmy) pecha, bo wypełnianie formularzy zlecono jakiemuś stażyście (tak podejrzewam), który formularz wypełniał 3 razy, bo ciągle coś źle zaznaczał... 

Jaki jest morał z tej historii? Na wyjazdy do Indii trzeba brać ze sobą podarki - nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś uratuje Wam tyłek i trzeba będzie podziękować w specjalny sposób. Pieniądze każdy głupi (debil) może dać. Ale taki breloczek z Polski to szpan na uczelni! Taką mam przynajmniej nadzieję. W każdym razie Andzi się szalenie spodobał. 😁


Wycieczka do Airtela nr 2 miała ten plus, że chociaż świątynię obok sobie zobaczyłam.


Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu