"Nasz Disneyland", czyli witamy w Jaipurze

A właściwie w wiosce Amer pod Jaipurem. A jeszcze bardziej konkretnie - w pięknych fortach Am(b)er oraz Jaigarh! Jako fortowa dziewczyna i fortowy chłopak czuliśmy się tam niczym w Disneylandzie. 😂

Na ostatnie 2 tygodnie w Indiach Niemąż wziął urlop, więc mógł powrócić turystyczny faszysta. (Hurra!) Oznaczało to, że możemy sobie trochę aktywniej pozwiedzać. Czasem zajrzeć na (moje) stare śmieci, czasem pojechać w jeszcze nieodkryte (przeze mnie) rejony. Jako pierwszy cel wybraliś...łam Jaipur właśnie ze względu na majestatyczną zabudowę fortową. Byłam, widziałam, chciałam wrócić. 😂 W dodatku na urlop Niemąż sobie zażyczył Taj Mahal, wylot mieliśmy z Delhi, więc i tak musielibyśmy jednak gdzieś w tym fyrtlu zostać. No i umówmy się - w końcu mogliśmy jeździć tylko pociągami, co stanowiło ogromny plus. Samoloty nam się już przejadły. (A zwłaszcza pakowanie się na owe samoloty.)

Trafił nam się nawet widok najbardziej luksusowego pociągu - Palace on Wheels.
Jeden dzień w takim pociągu to minimum 500 dolarów za osobę... Minimum!


Dworzec w Udaipurze. W Indiach między peronami przechodzi się zawsze mostkami, więc można podziwiać pociągi z wysokości..



P bardzo się podobał system poczekalni. Nikt biletów nie sprawdzał, więc nawet z biletami na sleeper moglibyśmy wejść do upper class.


Podróżująca obok nas rodzinka. Przez 8 godzin byliśmy główną atrakcją dla dzieciaków. 


Kiedy wysiedliśmy z pociągu na stacji Jaipur Junction, to oczywiście zostaliśmy obsiądnięci przez rikszarzy. Taki urok podróżowania do chyba najbardziej turystycznego miasta w Indiach. 😅 Wiadomo - woleliśmy zamówić Olę, zwłaszcza że podróżowaliśmy z całym bagażem. Jednak indyjski Janusz biznesu transportowego przekonał nas, że ok - zapłacimy mu jak za Olę, a przynajmniej nie będziemy musieli czekać przed dworcem i zaoszczędzimy sporo czasu. Po 8 godzinach spędzonych w pociągu ta wizja była zbyt kusząca, aby ją odrzucić. Czas okazał się ważniejszy niż komfort. Po drodze Sabir trochę nam o sobie opowiedział, pokazał zeszyt z wpisami wcześniejszych podróżnych (znalazł nawet jakichś Polaków!) oraz zachwalał swe usługi jako najlepszego przewodnika (i przewoźnika) w Jaipurze. A robił to wszystko, patrząc na nas. Czyli tyłem do kierunku jazdy... Jakim cudem w nic nie przydzwoniliśmy - nie wiem. Niemąż stwierdził, że Sabir ma tak dobry angielski, że nie będzie ryzykował szukania innego rikszarza, więc zabukowaliśmy go na następny dzień. Bez pytania o stawkę... 😂

Nadszedł ten dzień - dzień fortów trzech! Nasz plan zakładał pałacowy Amer Fort (znany też jako Amber Fort), górujący nad nim obronny Jaigarh oraz znajdujący się bliżej Jaipuru Nahargarh - jeśli czas pozwoli, bo te 3 forty jednego dnia to plan ambitny. Zwłaszcza że w Amer zaczynaliśmy od gratisu - pięknej schodkowej studni, żeby Niemąż w końcu jakąś zobaczył! Miałam nadzieję, że nie skończy się jak podczas wycieczki do Kumbhalgarh... 😅 Na szczęście na bramie nie wisiały kłódki, więc daliśmy radę wejść do środka. Ufff! Jeśli ktoś wybiera się do Jaipuru, to na pewno zajrzy także do Amer. A jak zajrzy do Amer, to koniecznie niech wyprosi swojego kierownika wycieczki o wizytę także na terenie studni, bo powiadam Wam - ta studnia warta tego jest. Niemąż także był usatysfakcjonowany.

Tutaj drogę dzieli się także ze słoniami. Słoń ma zawsze pierwszeństwo! 😂





A kto tam się pasie na dachu? 😍








Spod studni Sabir podwiózł nas pod bramę prowadzącą do Fortu Amer. Na tym etapie chcieliśmy go już zwolnić, żeby sobie innych turystów woził. Z doświadczenia wiedziałam, że spędzimy tu duuuużo czasu, bo po jaipurskich fortach można się sporo nabiegać. Sabir jednak wolał nie wypuszczać z takim trudem upolowanych turystów z ręki i twardo twierdził, że yes, yes, będzie czekał. 😅 W dodatku zasugerował, że z Amber powinniśmy sobie przejść na nóżkach do Jaigarh, bo to mały kawałek jest i tak będzie nam najwygodniej. Wcześniej do Jaigarh jeździłam rikszą dookoła... No cóż, niech będzie - przejdziemy się. Amber Fort jak zwykle cudowny. Jak zwykle indyjscy turyści robili łapanki zagranicznych turystów, żeby sobie zdjęcie cyknąć. Nie umknęliśmy ani ja, ani Niemąż. Tzn. on odmawiał, ale z biodra go i tak brali! Ja wolałam jednak wyglądać na tych zdjęciach jak człowiek. 😆 Po dwóch godzinach ruszyliśmy do Jaigarh. No i tu zaczęły się schody. Sabir zapomniał wspomnieć, że ten kawałek jest stromy i o wieeeeele dłuższy. Co więcej - w pełnym słońcu! Do Jaigarh dotarliśmy po 45 minutach... Można byłoby podjechać, ale Sabir chyba nie ufał swojemu rumakowi i wolał unikać ostrych podjazdów. Przynajmniej zasłużyliśmy na spałaszowanie loda zaraz po namierzeniu sklepu. A nawet dwóch (lodów, nie sklepów). A Jaigarh jak zwykle okazał się piękny! Choć jak na mój gust za dużo małp się po nim kręci. Niby małpy są fajne, ae kiedy na pełnej wpadają człowiekowi do toalety, to jednak... no nie, może jednak nie. 😂

Bawoły pod fortem. 😍



Piękny Am(b)er!



Pędzą słonie po betonie!












Busted!














Idziemy na Jaigarh!


W zasadzie trekking mamy zaliczony!





Tarcze wycelowane w Pakistan... 😅


















Armata Jaivana. Wystrzelona kula doleci do oddalonego o kilkanaście kilometrów Jaipuru.





Widok na Amer Fort.


A jednak niektórzy rikszarze dojeżdżają...


Mistrzami selfie nie jesteśmy.




Do rikszy wróciliśmy już na tyle późno, że nie miało sensu jechać jeszcze do Nahargarh. Zamiast tego w drodze powrotnej udaliśmy się na... tak, zgadliście, cmentarz. Najwyraźniej jesteśmy fortowi i cmentarni. 😅 Royal Gaitor to mauzolea maharadżów Jaipuru. Jest ich mniej niż w przypadku Ahar, jednak są większe i do środka każdego można wejść. Niestety, oznacza to też sporo turystów, ale i tak warto się przemęczyć. Można nawet sobie zrobić challenge - kto cyknie więcej fotek bez turystów. Choć nie zrealizowaliśmy pełnego planu, to i tak uznaliśmy ten dzień za udany. Do czasu. Nie ustaliliśmy z Sabirem stawki za obwożenie nas po Jaipurze/Amerze. Po powrocie powiedział, że mamy zapłacić tyle, na ile uważamy, że zasłużył. Efektem tego było 10-minutowe oblężenie rikszy. Niemąż powiedział, że nie wysiądzie, póki Sabir nie poda kwoty. Sabir powiedział, że nie poda, mamy sami dać, na ile według nas zapracował. I tak w kółko. 😂 Ostatecznie Nieżona musiała podjąć decyzję. Przepłaciliśmy, jednak mimo wszystko woleliśmy zapłacić za dużo niż za mało.


Garść informacji praktycznych:

  • Ola z Hathipol na dworzec w Udaipurze: 120 Rs./kurs
  • pociąg z Udaipuru do Jaipuru: 270 Rs./os. w klasie sleeper
  • riksza z dworca do hotelu Chillout: 200 Rs./kurs
  • nocleg w Chillout: 2100 Rs./noc za klimatyzowany pokój, atmosfera trochę hippisowska, na dachu znajduje się restauracja z super widokami i jeszcze lepszym pićkiem, wieczorami puszczają bollywoody!
  • Amer Baori: wstęp darmowy
  • Amber Fort: 500 Rs./os., kasy znajdują na górnym wewnętrznym dziedzińcu, można kupić za 1000 rupii bilet łączony do Amber i jeszcze kilku innych atrakcji w Jaipurze (my spasowaliśmy, bo nie zawierał się Jaigarh)
  • Jaigarh Fort: 100 Rs./os., z Amber Fort wchodzi się od kuchni, prawie cała infrastruktura (sklepy itp.) jest przy wjeździe po drugiej stronie
  • Royal Gaitor: 30 Rs./os.
  • riksza na (prawie) cały dzień: 1500 Rs.



















Widok z naszego dachu na Nahargarh.




Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu