Skoro zostaliśmy sąsiadami Szaruka, to oczywistym jest, że musieliśmy go odwiedzić! Tzn. nie że na kawkę wpadliśmy - strażnicy raczej by nas nie wpuścili. 😅 Jednak w ramach świeckiej tradycji podczas wizyty miasta odbyłam pielgrzymkę pod jego dom. Czyli po prostu odstrzeliłam się w nowe ciuchy i ruszyliśmy na południowy zachód. Najpierw przeszliśmy się po tzw. Bandra Bandstand - promenadzie biegnącej wzdłuż wybrzeża. Na jej jej końcu znajduje się Bandra Fort. A raczej resztki fortu, bo obecnie to raczej pozostałości murów, wśród których rozlokowano parę skwerów i parków. Warto tu jednak zajrzeć dla Sea Link, czyli najdłuższego mostu morskiego! Jeśli widoczność jest dobra, to można stąd zobaczyć prawie całą konstrukcję. Oczywiście, w trakcie naszego mumbajskiego tygodnia był za duży smog, więc na Sea Linka poszliśmy tylko raz.
Z Bandra Fort pomknęliśmy pod Mannat, czyli dom Szaruka. I tu wstyd się przyznać - nie rozpoznałam go! Tzn. domu, bo Szaruka raczej zawsze rozpoznam. 😅 SRK zrobił remont! Szukałam znanej mi z poprzednich pielgrzymek starej rdzawej bramy z wielkim napisem Mannat. A zamiast tego przeszłam ze 2 razy obok jakiejś nowiutkiej szarej, która w dodatku jeszcze lepiej zasłaniała sam dom... Dobrze, że jacyś turyści robili sobie zdjęcia. 😂 Na szczęście pod domem Szaruka ZAWSZE ktoś stoi. Nucąc zatem po raz 56. w tym tygodniu Jhoome Jo Pathaan (Niemąż dzielnie znosił moją obsesję Pathaanem) pozdrowiłam dom SRK i poszliśmy tuptać dalej.
Skoro już przy Szaruku i Pathaanie jesteśmy, to koniecznie trzeba wspomnieć o samym seansie. Niemąż w przypływie dobrego humoru powiedział, że pójdzie ze mną. Później postawił jednak warunek - ludzkie napisy (czyli angielskie), żeby mógł zrozumieć fabułę. Bez napisów nie idzie. Nie żebym coś mówiła, ale w indyjskich kinach na indyjskich filmach napisów nie dają... I już myślał, że mu się udało i będzie mógł sobie grać na kompie zamiast wysłuchiwać po raz 136. mojego Jhoome Jo Pathaan. Jednak przeznaczenie miało inne plany. Okazało się, że w multipleksie oddalonym o 10 minut na nóżkach grają Pathaana z napisami. Było to jedyne takie kino stricte w Mumbaju. Aż chce się zacytować klasyka: Przeznaczenie, k..., przeznaczenie!😂
Oczywiście od razu poleciałam do kas kupić bilety, jak tylko ustaliliśmy między sobą dzień seansu. Na pytanie o numer telefonu standardowo powiedziałam, że nie mam indyjskiego, jedynie polski. Jakoś z góry założyłam, że jest potrzebny tylko w celach marketingowych, a już wystarczająco dużo spamu dostajemy na ten numer. Okazało się, że jednak jest potrzebny w innym celu: żeby otrzymać bilety... Już nie drukują w PVR papierowych biletów!!! Mój wewnętrzny kolekcjoner się zasmucił - nie będzie karnecika na pamiątkę. Ale zaraz, to jak ja dostanę bilety? Głupio było powiedzieć, że jednak mam indyjski numer, tylko tak jakoś zapomniałam. Na szczęście przynajmniej w tym kinie pomyśleli o biednych żuczkach bez telefonu. Wystarczyło po prostu zrobić zdjęcia ekranu monitora kasjerki... Tak, zgadza się. Żadnych danych nabywcy, po prostu zdjęcie 2 pozycji na ekranie... Mogłam wysłać tę fotę do 10 osób i każdy by wszedł na film, bo nikt potem nie sprawdzał, czy faktycznie to ja to zdjęcie zrobiłam... 😂 Niestety, na seans wybraliśmy się do multipleksu z tych bardziej ąę, więc trochę wiwatów i gwizdów było, ale liczyłam na więcej. Do kina w Indiach chodzi się przeżywać wszystko razem - w studyjnych kinach i tych bardziej dla przeciętnego Kowalskiego Rawala ludzie wspólnie tańczyli, śpiewali i mówili niektóre dialogi z bohaterami. Najważniejsze jednak, że Szaruk wrócił i to w wielkim stylu. I zobaczyłam to w Mumbaju. Także tego... JHOOME JO PATHAAN, MERI JAAN...
Garść informacji praktycznych:
bilet do kina PVR (takiego bardziej wypasionego): 220 Rs./os.
Władze miasta dbają o zdrowie mieszkańców. 😁
Coś niski poziom wody w tym roku... Kiedyś tak źle nie było. 😢
Sea Link w jedną stronę.
I Sea Link w drugą stronę.
A tak obecnie. Każdy mógł przeoczyć!
Tak prezentowała się brama Szaruka kiedyś.
Co można sprzedawać pod kościołem? Świeczki! Nawet czarne mieli. 😅
Czy leci z nami lekarz? To ostatnie słowa, które chciałoby się usłyszeć na pokładzie samolotu. A takie właśnie padły już w drugiej godzinie naszego lotu. Mamy farta w życiu, co nie? Nasz pierwszy kierunek to Nepal. Początkowy plan zakładał oglądanie kwitnących wiśni w Japonii, jednak przez Wiadomo Co Japonia w kwietniu pozostawała dla nas niedostępna. Dlatego postanowiliśmy zobaczyć kwitnące rododendrony w Nepalu. Niestety, przez Wiadomo Co siatka połączeń do Kathmandu zubożała. I to mocno. 😞 W obliczu niewielkiego wyboru i horrendalnie wysokich cen znanych nam linii postanowiliśmy wybrać po tanioszce nowość (dla nas) - Flydubai. W necie znaleźliśmy milion pięćset sto dziewięćset opinii, że to taki arabski Ryanair. Czyli że trzeba za wszystko płacić - miejsca obok siebie, posiłki, rozrywkę, zdrapki, odprawę na lotnisku itp. Ostatecznie jednak mimo wszystkich dopłat Flydubai zdeklasował konkurencję i pozwolił nam zaoszczędzić minimum 700 zł. Gdybyśmy lecieli "turystycznie"...
Czas na nasze subiektywne podsumowanie Indii. Spędziliśmy w tym kraju aż 5 miesięcy, więc w przypadku większości pytań trudno było wybrać tylko jedno naj . Dlatego czasem będzie więcej. 😅 I tak, przyznaję, że ja ani trochę nie jestem obiektywna, choć się postaram. No ale Indie zawsze będą miały w moim serduszku specjalne miejsce i koniec. Pierwsze wrażenie A: Nareszcie w domu. Wróciłam , Mateczko Indie! P: W końcu nie ma problemów z jedzeniem!* * Nie żeby w innych krajach w ogóle nie było jedzenia. Oczywiście chodzi o wersję wege.😋 Największe pozytywne zaskoczenie A: Niemąż dał radę i nie powiedział mi po tygodniu, że zwijamy manatki do innego kraju. 😜 A poza tym - Hyderabad . Kiedyś byłam, ale nie kliknęło mi aż tak. A teraz... a teraz chcę znowu! P: Temperatury niewymagające klimatyzacji w większości mieszkań. Największe rozczarowanie A: Durne nowe zasady telekomów przeciwko biednym turystycznym żuczkom, które przyjeżdżają na własną rękę. 😂 I o...
Najbardziej znaną budowlą w Hyderabadzie, która przy okazji jest jego symbolem i pojawia się na wszystkich magnesach z tego miasta, jest Charminar, czyli (w bardzo wolnym tłumaczeniu) czworowieża. Charminar jednak brzmi zdecydowanie ładniej. 😂 Na najwyższym piętrze znajduje się meczet, jednak turyści nie są do niego wpuszczani. Podobnie do znajdującej się przy nim madrasy, czyli szkoły muzułmańskiej. Skoro to aż symbol miasta, to czułam potrzebę zabrania tam Niemęża. Okazało się jednak, że w ostatnich latach plac wokół budowli został zamknięty dla ruchu kołowego, więc - jak to zawsze dzieje się w takich sytuacjach - przeistoczył się on w jedno wielkie targowisko. Do czasu zwiedzania trzeba zatem doliczyć z 15 minut na przebijanie się przez tłum oraz kilkanaście mruknięć niezadowolonego Niemęża (albo męża, kogo tam macie w domu). 😅 Choć jako polscy turyści musimy się zadowolić jedynie niższymi piętrami, to i tak warto tu zajrzeć. Głównie żeby przyglądać się życiu wokół Charm...
Komentarze
Prześlij komentarz