Śladami Szaruka i Prabhasa

Skoro jesteśmy w stolicy Tollywoodu, to koniecznie trzeba zrobić sobie dzień filmowy! 🎦 A dokąd lepiej się udać, jeśli nie do największego miasteczka filmowego na świecie, czyli Ramoji Film City? I to w dodatku (prawie) w swoje urodziny! Niemąż nawet stwierdził, że w ramach prezentu się dla mnie przemęczy i wytrzyma moje a tam kręcili Chennai Express! oraz a tam Baahubali! W nagrodę nie zrywałam go z łóżka o świcie, żeby zdążyć na ceremonię otwarcia. 😂

Naszego ostatniego dnia w Hyderabadzie złapaliśmy zatem rikszę, wynegocjowaliśmy niezłą stawkę i pomknęliśmy 26 kilometrów na południowy wschód. Dotarcie do kas zajęło nam godzinę. Bilety do Ramoji można zarezerwować przez internet - nawet próbowaliśmy tak zrobić, ale odrzucało nasze karty, a indyjskiej akurat nie posiadaliśmy. I nawet dobrze się stało, bo kolejka do odbioru biletów kupionych online była 3 razy dłuższa niż ta normalna. Podobnie kolejka po bilety vipowskie. Czasem lepiej jednak być małym żuczkiem, a nie jakimś tam vipem. 😁

Do Ramoji pojechaliśmy później z jednego prostego powodu - chcieliśmy (no dobra, ja chciałam) zostać na wieczornej paradzie zimowej. Wydawało się, że 6h nam wystarczy na obejrzenie głównych atrakcji. Aha! Jasne! Także taka mała rada - jedźcie na CAŁY dzień. Róbcie open the door o 8:30! Zwłaszcza że z kas do samego miasteczka jedzie się z 15 minut (darmowym busem), więc Wasz czas i tak będzie jeszcze trochę ograniczony. 

Nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy od studio tour, czyli wycieczki po planach filmowych. Oczywiście, większość hal jest zamknięta dla odwiedzających, jednak i tak ten objazd zajął nam prawie 3 godziny... Jeździ się od atrakcji do atrakcji, w każdym miejscu można zostać dowolnie długo, bo odwiedzający nie są przypisani do konkretnego busa. Zatem wyskakiwaliśmy przy atrakcji, oglądaliśmy, jak długo nam się podobało, po czym stawaliśmy na przystanku w kolejce do busa jadącego do kolejnego punktu. Minusy tego rozwiązania były dwa:

  1. przyjazd i odjazd były w innym miejscu, więc trzeba było znaleźć przystanek odjazdu, co nie zawsze było łatwe - na szczęście działała zasada idziemy za tłumem, tłum wie lepiej 😅
  2. powyższa zasada sprawiła, że pod koniec naszej trasy wbiliśmy się na drugi tour, więc coś naszego nam umknęło, ale za to zobaczyliśmy park z ptaszkami z drugiej trasy... czyli stosunkowo łatwo było się zgubić. (Choć może po prostu to my jesteśmy debilami.)

Według rozwieszonych w zajezdni tabliczek na busy wożące po (prawie) całym Ramoji trzeba czekać nawet i ponad pół godziny. My mieliśmy szczęście, bo za każdym razem było to z max 10 minut. I to tylko wtedy, gdy wybrzydzaliśmy i czekaliśmy na konkretne busiki. Ze względu na tłum (w końcu był weekend i przedostatni dzień zimowej parady) dołożono dodatkowe pojazdy. Ogólnie było to na plus, ale nowe busy miały okna, których nie dawało się zbyt mocno otworzyć, więc zdjęcia wychodziły kiepskie. Zdecydowanie bardziej woleliśmy poczekać ekstra 5-10 minut, żeby załapać się na oficjalny czerwony autobus bez okien. Zwłaszcza że było w nim chłodniej.

Na początkowym odcinku jechał jeszcze z nami pilot, który opowiadał, co i gdzie było kręcone. Oczywiście, padały nazwy produkcji tylko indyjskich i w dodatku ich oryginalne tytuły. Czyli Niemąż się nudził, a ja byłam zachwycona. Bo tam był Szaruk! Największą atrakcją był jednak plan Baahubali. Do standardowego tam był Szaruk! dołączyło tam był Prabhas! Być może dlatego Niemąż nagle zniknął mi z pola widzenia i akurat po tym planie tuptaliśmy sobie oddzielnie. Złapałam go dopiero w okolicy stołówki. Nic dziwnego. 😂

Ramoji to jednak nie tylko plany zdjęciowe. Znajduje się tu także ogromny lunapark z wydzieloną sekcją dla dzieci. Jako że dzieci nie mamy (a Niemęża z jakiegoś powodu jako przerośniętego dziecka nie chcą liczyć), a rollercoastery nas nie bawią, to akurat tę część sobie odpuściliśmy. Podobnie aquapark. Jeśli natomiast ktoś lubi takie cuda, to niech od razu kupuje bilet na 2 dni, bo tu serio można byłoby i tydzień siedzieć. My zadowoliliśmy się licznymi ogrodami i parkami, m.in. z motylami, ptakami na wolnym wybiegu, w stylu japońskim czy Wielkich Mogołów. Posłuchaliśmy (i obejrzeliśmy), jak tworzy się w filmach efekty dźwiękowe oraz jakie możliwości daje green screen. W dodatku trafiliśmy na wycieczkę szkolną, więc dzieci miały podwójną radość. Nasze uszy jedną niekoniecznie. 😅 Na terenie parku znajduje się także dodatkowo płatna wystawa Eyelusion - po pobraniu odpowiedniej aplikacji tło na zdjęciach staje się trójwymiarowe. Niestety, nazwa Eyelusion skojarzyła nam się raczej z gabinetem luster, a nie miejscem do selfie, więc kupiliśmy bilety i... wyszliśmy po 5 minutach, bo jakoś średnio lubimy się focić. W dodatku nikt nam na wejściu nie powiedział o aplikacji, bo przecież przy kasie wisiał wielki plakat, więc... no debile z nas po prostu, wiemy. Gorąco było, a my zmęczeni, głodni i lekko odwodnieni, więc proszę nas tu nie osądzać zbyt srogo. 😆

Gdy nadszedł wieczór, to całe Ramoji rozbłysło kolorowymi światłami. Jeśli ktoś uważa, że najlepsze świąteczne iluminacje są na Nowym Świecie w Warszawie, to zapraszam do Hyderabadu! Zdjęcia nie oddają, jak tam było pięknie. Sama parada trochę nas rozczarowała, bo nie była aż tak spektakularna jak twierdziły materiały marketingowe Ramoji. Kilkanaście sambodromów z ruszającymi się figurami z różnych motywów i tyle. Natomiast te udekorowane światłami ogrody to dopiero była magia. I dla nich warto było zostać w Ramoji do nocy.

Garść informacji praktycznych:

  • riksza do Ramoji Film City: 650 Rs./kurs (powrót kosztował 500 Rs.)
  • wstęp do Ramoji: 1600 Rs./os. (za standardowy bilet, można było za ponad dwa razy tyle wziąć jakiś wypasiony pakiet z szoferem i opłaconym bufetem, ale polska cebula wygrała)
  • Eyelusion: 100 Rs./os.



Nareszcie dotarliśmy na plan Baahubali!









Po co lecieć do Londynu, skoro można sobie go wybudować na miejscu? 




W Ramoji atmosfera jest luźna. Można np. wskoczyć sobie na scenę i bawić się z bębniarzami.
















Eyelusion.



Narzędzia do efektów dźwiękowych.


Jakoś tak wyszło, że usiedliśmy akurat pod Szarukiem! Przypadek? 💖


Ochotnicy mogli wziąć udział w pościgu dzięki green screenowi.


Dziki Zachód w Ramoji.


Kiedy nadszedł wieczór, to zaczęła się najlepsza atrakcja!





Skoro są światełka i lasery, to można i samolot wrzucić jako dekorację. 😂



Są światełka i kolory, więc Nieżona szczęśliwa!


Kto tam ma czas na jakieś selfiaki, trzeba światełka cykać!




















Zaraz rusza parada!




A oto znów Szaruk! 😍











Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu