I z Himalajów by się zeszło!
Mieliśmy ambitny plan, żeby wstać o 6 na wschód słońca. Niby już raz witaliśmy Himalaje, ale nie na takiej wysokości. Okazało się, że nie tylko my wpadliśmy na taki pomysł - Hiszpanki zamówiły śniadanie na tę samą godzinę. Zatem rozpoczęła się wojna nerwów, kto pierwszy wstanie i pojawi się w jadalni. W życiu jednak jest jakaś sprawiedliwość - my byliśmy pierwsi, one pierwsze dostały śniadanie. 😅 Po 6 pojawili się kolejni piechurzy. Tylko Szwajcarzy się cenili i wstali godzinę później. Ale opłacało się dla takich widoków. Himalaje powitane, śniadanie zjedzone. Czas na nas! Trzeba korzystać, że w końcu nie pada. Plan (minimalny, maksymalny i w ogóle jedyny możliwy): Ghandruk i pierwszy z brzegu bus do Pokhary. Gnaliśmy. Każde z nas miało inną motywację. Niemęża dopingowała perspektywa wolnego wieczoru, mnie - brak deszczu. Równocześnie tego dnia mieliśmy najgorszy możliwy czas. Zeszło nam się 1,5h dłużej niż szacowały mapy, choć w dół powinno być łatwiej. Czego się jednak spodziew...