Trekkingu dzień 3

Dzień trzeci rozpoczął się od sukcesu - nie zamarzliśmy w nocy. Zaczęliśmy standardowo od oblotu dronem. A że nic ciekawego nie było widać z powodu pogody, to i szybko poszliśmy na śniadanie. Pobawiliśmy się w chowanego z dzieckiem od rowerka za kozą (tzn. za piecykiem, nie za zwierzakiem) i wyszliśmy na szlak o jakiejś przyzwoitej godzinie. Hurra, drugi sukces tego dnia!


 
Reklama drona. 😜
 


Miasto śpi. Tylko kogut pod naszym oknem nie spał. Od 5...



Plan minimum: Ghorepani - spędzamy tam noc i rano idziemy na Poon Hill.
Plan optymalny: Tadapani.
Plan godny superbohatera (albo człowieka z dobrą kondycją): idziemy aż na Ghandruk.

Coraz więcej cienia na naszej trasie, więc idzie się przyjemnie. Trochę między drzewami, trochę między bawołami... Najgorzej trafić na bawoli korek na schodach. Kiedy patrzę na ich rogi, to zdecydowanie czuję respekt i odsuwam się na bok. Wolałabym przypadkowo nie urazić niczym żadnego bawoła. A Niemąż? Oczywiście, jak każdy odpowiedzialny dorosły mężczyzna daje prosto w środek stada... Dziecko natury, żadnych rogów się nie boi. W tym czasie ja nerwowo sprawdzam, czy na pewno mam przy sobie polisę ubezpieczeniową. Tak na wszelki wypadek. 😅


Bawół też człowiek i musi się napić.





 

Po 2 godzinach docieramy do Ghorepani. Trochę nam się zeszło na podziwianiu bawołów. Czas podjąć męską decyzję - zostajemy na noc, żeby jednak wejść na Poon Hill? Czy idziemy dalej? Ponieważ żadne nie potrafi podjąć ostatecznej decyzji (istnieją plusy dodatnie i plusy ujemne każdego z tych rozwiązań), to idziemy coś wypić. Po drodze podziwiając kurę wykopującą sobie dla ochłody dołek w ziemi - może też powinniśmy tak robić podczas postojów? 😂 






Siedzimy tak już z pół godziny, podszkalając się w prokrastynacji - Niemąż zaczął nawet kimać. Aż tu nagle naszym oczom ukazuje się... Nie, to nie Holendrzy. To nasz pan z Ulleri. Wyszedł rano i dotarł akurat na obiad. Nasza kondycja płacze w kątku - myśmy ten dystans szli przez tyle godzin... Niestety, pan przywiódł ciemne chmury. Jak na Polaków przystało, zaczęliśmy debatować o pogodzie.
Będzie padać czy nie będzie padać?
Jak będzie padać, to będzie padać, a jak nie będzie padać, to nie będzie padać.
Oglądał ktoś prognozę pogody?
Ma padać ok. 14-15. Ale jak będzie padać, to będzie padać, a jak nie będzie, to nie będzie.

To powinno dać nam do myślenia. Ale nie dało. Zrzucam wszystko na zbyt dużo słoneczka. W knajpie siedzieliśmy na zewnątrz. Bez parasola. W samo południe. 😂 Mamy ze dwie albo i 3 godziny. Jakieś wioski po drodze też widnieją na mapie. Olać Poon Hill, idziemy! Pewnie rano i tak byłaby kiepska pogoda i żadnego wschodu byśmy nie zobaczyli. (Okazało się, że była fantastyczna - pewnie dlatego, że sobie poszliśmy.)

Wspinamy się mozolnie nad Ghorepani. Trochę schodów, trochę korzeni, znów trochę schodów. Jeszcze w lesie zaczęło się robić mgliście. Kiedy z niego wyszliśmy, mgła była już wszędzie! Albo raczej chmura, bo ta mgła chyba była chmurą. To miała być najładniejsza trasa - wiedzie granią, z każdej strony widać góry. Taaaa...  Trzeba mieć szczęście. Jak nie smog w dolinach, to chmura na wysokościach. Chyba panorama Himalajów nie będzie nam dana. 😆 


Zaczarowany las.




Musicie uwierzyć na słowo, że tam, tam daleko są najwyższe szczyty świata. 



Zdobywca Himalajów.



W pewnym momencie zaczęło kropić. Niby nic, ale z czasem coraz mocniej. Aż walnęło solidnie. Najpierw deszczem. Potem gradem. Potem jeszcze większym gradem... Szczęśliwie znaleźliśmy jakąś.. szopę? chatę? Ciężko powiedzieć. Usiedliśmy tam w towarzystwie sympatycznej grupy z Tybetu. Na początku śmichy-chichy, jak to nas wszystkich deszcz złapał. Potem śmichy-chichy, czy ktoś ma zapałki albo krzesiwo. (Niemąż do tej pory nie może sobie wybaczyć, że nie wziął. W mieście czasem nosi, a na trekking w Himalaje zapomniał... ) Potem śmieszki z nas, że wyciągamy z plecaków kolejne ubrania, bo nam zimno. Po 10 minutach skończyło być śmiesznie - Tybetańczykom też zrobiło się zimno. Połowa owijała się nawet ręcznikami. Druga połowa się nie owijała, bo nie miała czym.
A co robi Polak, jak mu źle? Nie, nie przeklina. Tzn. to też. Ale zaczyna sobie śpiewać. I tak oto powstała piosenka o spławiku, której nagraniem Niemąż będzie mnie szantażować do końca życia. 😅
(podrygiwane na ugiętych nóżkach, niczym spławiki w skeczu "Karaś reproduktor")

Jestem sobie spławikiem,
spławik nie czuje zimna,
wcale nie jest mi zimnoooo...

Polecam, pomoga. Ale koniecznie trzeba podrygiwać. I dla odpowiedniego efektu owinąć się pościelą w paski. 😆

Jestem sobie spławikiem...

Nasze schronienie.


Po godzinie Tybetańczycy się podrywają i ruszają dalej. My cykamy jeszcze ostatnie fotki, próbując złapać chociaż jakieś strzępki gór. Wiemy, że na Ghandruk nie ma szans (buahaha, że myśmy go brali pod uwagę w ogóle). Ba, nawet na Tadapani szans brak. Najbliższa wioska - Deurali. To tam będziemy szukać noclegu. Znów idziemy na zmianę po kamieniach i po korzeniach. Mijając wciąż kwitnące rododendrony! Ależ tu musi być pięknie w słoneczny dzień.


To zdjęcie najlepiej podsumowuje nasze podejście do chodzenia w deszczu.


W Nepalu prawie wszystko jest solarne.
Takie cuda za naszymi plecami...



Docieramy nareszcie do Deurali. Hurra, uratowani! Pozostało już tylko znaleźć nocleg. I tu pojawiły się schody. Tzn. nie prawdziwe (choć te też), ale w przenośni. 2 budynki na krzyż, z czego tylko jeden otwarty. Nangethanti w porównaniu z Deurali jawi się jako stolica cywilizacji i postępu. Wchodzimy zatem do jedynej otwartej chaty. A tam przy piecyku grzeją się znajomi Tybetańczycy. Skończą dopijać herbatkę i ruszają do Tadapani. Ambitni, my odpuszczamy. Nie chcemy iść nocą w deszczu. Niemąż nawet by się ucieszył, ale... Nie chcemy i już. 😆
Idziemy oglądać pokoje. Po minucie wracamy do jadalni. Po kuchni żwawo biegają kury, a we mnie coś pęka. Bunt na pokładzie! Tu musi być coś lepszego. W Nangethanti znalazłam, to tutaj też dam radę. Idziemy! Niemąż obruszony, bo przecież znalazł nocleg. Nieważne, że pokój ostatni raz był wietrzony pół roku temu i śmierdzi grzybem. I że jest spora szansa na lokatorów w łóżku (wg mnie). Miał znaleźć i znalazł, a ja wybrzydzam. W dodatku na jego mapach nic więcej tu nie ma. Trudno, najwyżej dojdziemy do Tadapani. Tutaj nie śpimy i już. 😆

Gdybyście kiedykolwiek szli do Deurali od strony Ghorepani - nie poddawajcie się, idźcie dalej. 10 minut drogi w dół i znajdziecie najlepszy pensjonat we wsi. Bez kur defekujących na środku jadalni i bez grzyba w pokoju. Tak fajny, że nawet Niemąż podziękował. Chyba też nie chciał spać z grzybem. 😅 A jeszcze bardziej podziękował, kiedy pani właścicielka przyniosła jedzenie. Najlepsze nepalskie jedzenie w Himalajach. Pooglądaliśmy z panem domu Indian Premier League, ponarzekaliśmy na polityków (każdy na swoich), pobawiliśmy z kotem i wygrzaliśmy za wszystkie czasy przy piecyku. Ten dzień nauczył nas, że czasem trzeba tupnąć nogą i nie zadowalać się byle czym.

Deurali, uratowani! 

Ja mam ciepło, P ma jedzenie - dobrze jest.

W Nepalu nie ma piekarników, więc szarlotkę się... smaży. 😁

Po wielkości kuchni można było poznać, że pani umie gotować.


Kto zamawiał pieczonego kota?

Pod kamieniami kisi się nepalskie kimchi! Na wzór tego koreańskiego. 

U turystów najlepiej.


Oglądamy krykieta. Wzbudzałam zainteresowanie (i respekt), bo ogarniałam IPL. 

Firanki, wieszaczki i działające gniazdka. Exclusive!



Garść informacji praktycznych:

  • hotel - tym razem nawet zrobiliśmy zdjęcie nazwy, co chyba samo w sobie jest niezłą rekomendacją.  A tu taka niespodzianka - znów ratujący nam tyłki Laligurans! Za nocleg płaciliśmy 700 Rs., za (obfitą) kolację i śniadanie - 3500 Rs.


Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu