4. dzień tortury, znaczy trekkingu

Rano chwilę bawimy się z kotem, jemy śniadanie i po pożegnaniu z naszymi gospodarzami wychodzimy na szlak. O 7. 7! Ze względu na brak czasu (no dobrze, kondycji też) wyżej już nie wejdziemy - zaczynamy pomału schodzić. Poprzedniego dnia chcieliśmy dotrzeć do Tadapani i tam nocować. Nadal moglibyśmy tam zostać. Jednak Niemężowi ogromnie spodobała się koncepcja wygięcia kuny aż do Ghandruka i złapania autobusu do Pokhary - miałby w ten sposób jeden wolny dzień ekstra. Ostatni autobus odchodził o 17. Albo o 16. Zależnie od źródeł. W najgorszym razie tam zanocujemy - to już cywilizacja pełną parą, więc na pewno coś sensownego znajdziemy. Dlatego nie ma to tamto - szybciutko! 

Schodzenie ma jeden zasadniczy mankament - odzywają się wszelkie stare kontuzje. Moja kostka szybko dała o sobie znać. (Dawała też wcześniej, ale jakoś wchodziło się łatwiej.) Potem Niemąż przypomniał sobie, że przecież on ma rozwalone kolano. A dzisiaj czekało nas sporo schodów - na zmianę w górę i w dół. No, to się wybrały w góry dwie kaleki. 😅 

Plan minimum: Tadapani.
Plan maksimum: Ghandruk.





Słomka filtrująca idzie w ruch.














 


Po paru godzinach marszu zaczęło kropić. Jak na złość - pośrodku niczego, do najbliższej cywilizacji (Tadapani) mamy jeszcze spory kawałek. Śmichy-chichy, że my zawsze w deszczu, ale idziemy dalej. Pół godziny przed Tadapani zaczęło lać. Na szczęście nie padał grad (jeszcze), ale deszcz to też nic przyjemnego. Na tym odcinku znów idzie się pod górę, więc woda atakowała nas już nie tylko z nieba, ale także z ziemi. Najwyraźniej Matka Natura poprzedniego dnia uwierzyła, że jestem tylko spławikiem. Ostatnie 10-15 minut szliśmy pod prąd w wodzie powyżej kostek. Czy ja już wspominałam, że nasze buty nie były wodoodporne? (Producent twierdził, że były, ale NIE były.)

Po wyrecytowaniu słownika wulgaryzmów dotarliśmy do Tadapani. (Ja recytowałam, P się cieszył - dla niego im podlejsze warunki, tym większa zabawa...) Razem z grupą dziewczyn z Hiszpanii. Z ich rozmowy wywnioskowaliśmy, że są dość wybredne, jeśli chodzi o warunki noclegowe. Kiedy zniknęły za budynkiem i długo nie wracały, to pomknęliśmy za nimi - musiały znaleźć coś fajnego. Po co mamy chodzić od hotelu do hotelu, jeśli możemy skorzystać z gotowca? Zyskaliśmy w jeszcze jeden sposób - dla 6 przemoczonych turystów opłaciło się rozpalić w piecu. Wszyscy pozdejmowaliśmy z siebie mokre kurtki, buty i rozwiesiliśmy je wokół pieca. Hiszpanki poszły oglądać pokoje.
A wy chcecie pokój? 
Nie, my nie, jak skończy padać, to idziemy na Ghandruk.
I tak mniej więcej z 7 razy. A Niemąż się ze mną targował:

Jeśli do 14 skończy padać, to idziemy.
Jeśli do 14:30 skończy padać, to idziemy.
Jeśli do 15 skończy padać, to idziemy...

Z determininacją walczył o wolny dzień. 😅 Padać nie skończyło, za to my skończyliśmy niemałżeńskie negocjacje. P zrobi sobie wolny dzień kiedy indziej - zostajemy na noc w Tadapani i już. Poszliśmy zagadać o pokój - dostaliśmy jeden z najlepszych, z widokiem wprost na góry. Może bali się, że jednak się rozmyślimy? Zwłaszcza że właśnie przestało padać.





Profesjonalna piramidka po prawej jest nasza.
Tylko my sprawdziliśmy, od jakiej wysokości piec faktycznie grzeje...






Zostawiliśmy rzeczy i zeszliśmy na dół, żeby ogrzać się przy piecyku. Czekając równocześnie na wywołanie pod prysznic. Ciepła woda była z czajnika, więc obowiązywały zapisy. 😆

Siedzimy sobie przy piecyku, aż tu nagle... góry! Zza chmur wyłoniły się ośnieżone szczyty. Najpierw nieśmiało, a później już bezwstydnie promienie słońca odbijał najważniejszy szczyt - Machhapuchhare, czyli Fishtail. Święta góra Nepalu, dom Shivy. Wszyscy rzucili się do okien, po czym pobiegli po aparaty albo wybiegli przed hotel z telefonami w ręku. Tylko w kącie nadal siedziała sobie para starszych Francuzów i wertowała przewodnik po Nepalu.
Chyba wiedzą, co?
Niemąż usiadł na ławce obok i zaczął nagrywać time lapse, Francuzi nadal nic.
Takie poruszenie było, oklaski nawet... Nie no, na pewno się zorientowali.
Po zrobieniu tzw. pierdyliarda zdjęć nie wytrzymałam napięcia i podeszłam do nich. Bo może jednak nie wiedzą? Nie wiedzieli. Od pół godziny za ich plecami ludzie biegają, wiwatują i klaszczą, ale nie przykuło to ich uwagi. 😅 A ominąłby ich taki widok.











Wieczorem wszyscy znów zebrali się wokół piecyka w jadalni. Wiadomo, w pokojach hula (zimny) wiatr, więc nie ma co tam siedzieć. Dołączyło do nas kolejnych kilku piechurów. Hiszpanki, Szwajcarzy, Francuzi, Amerykanie, Izraelczyk, Polacy. Zrobiło się wielokulturowo. Nepal reprezentował tylko jeden chłopak - przyszedł razem z dziewczynami z Hiszpanii i udawał ich przewodnika, aby go lepiej traktowano... Rozmawialiśmy z nim nie tylko o jego ojczyźnie, ale także o polityce, inflacji i... bogach starożytnej Grecji. 😆 Schroniska górskie mają swój specyficznych urok. Zwłaszcza te w Nepalu.

Uroku za to nie mają pijawki. Zgadza się, pijawki! My mamy gastrobusy, a one w Himalajach mają nas za gastropiechurów. 😨 Na szczęście nie przekonaliśmy się o tym na skórze własnej, ale grupki turystów, którzy przyszli jako ostatni. Zdjęli buty i... wypadły tłuściutkie (tzn. krwiuściutkie) pijawki. I kilka małych, wielkości łepka od szpilki... Szczerze im współczujemy do dziś i zastanawiamy się, jak dali radę wyczyścić z tego paskudztwa buty. I jakim cudem my żadnych nie złapaliśmy, brodząc tamtego dnia w wodzie po kostki i skacząc po błocie. To był jednak dobry dzień.


Garść informacji praktycznych:

  • hotel - Super View Tadapani, od strony Ghandruka, a nie Deurali. Za nocleg nic nie płaciliśmy, tylko za jedzenie. Jak widać - widoki pierwsza klasa. Jedzenie nie najgorsze, choć jak wszędzie w górach (w Nepalu) - niedoprawione.

Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu