I z Himalajów by się zeszło!

Mieliśmy ambitny plan, żeby wstać o 6 na wschód słońca. Niby już raz witaliśmy Himalaje, ale nie na takiej wysokości. Okazało się, że nie tylko my wpadliśmy na taki pomysł - Hiszpanki zamówiły śniadanie na tę samą godzinę. Zatem rozpoczęła się wojna nerwów, kto pierwszy wstanie i pojawi się w jadalni. W życiu jednak jest jakaś sprawiedliwość - my byliśmy pierwsi, one pierwsze dostały śniadanie. 😅 Po 6 pojawili się kolejni piechurzy. Tylko Szwajcarzy się cenili i wstali godzinę później. Ale opłacało się dla takich widoków.











Himalaje powitane, śniadanie zjedzone. Czas na nas! Trzeba korzystać, że w końcu nie pada. 

Plan (minimalny, maksymalny i w ogóle jedyny możliwy): Ghandruk i pierwszy z brzegu bus do Pokhary.

Gnaliśmy. Każde z nas miało inną motywację. Niemęża dopingowała perspektywa wolnego wieczoru, mnie - brak deszczu. Równocześnie tego dnia mieliśmy najgorszy możliwy czas. Zeszło nam się 1,5h dłużej niż szacowały mapy, choć w dół powinno być łatwiej. Czego się jednak spodziewać - co 5 minut oglądaliśmy swoje buty. Tak na wszelki wypadek. 😅 Jak nam się udało uchować przed pijawkami przez te pierwsze 4 dni? Nie wnikamy. Ważne, że się udało. Za to nie udało się ostatniego dnia - najpierw jedna próbowała się przewieźć na mnie. W porę ją zauważyłam, ale od tego momentu buty oglądaliśmy już co 2 minuty.

Pięknie nas tego dnia żegnały Himalaje.





Na szlaku coraz częściej mijaliśmy (sensownie wyglądające) zabudowania. Jakoś tak turystycznie się zrobiło. W jednym miejscu nawet postanowiliśmy kupić lokalne pamiątki, żeby dać zarobić tutejszym mieszkańcom, a nie pośrednikom. U mnie padło na torebkę. Za to P zaszalał... Co można kupić w środku lata, kiedy temperatura przebija 30 stopni? Oczywiście, że czapkę! Bo taką właśnie chciał sobie kupić. Na następnym stoisku przypomniało mu się, że właściwie to on chciał skarpetki, a nie czapkę... Bo po co mu czapka w tropikach? 😂

Takiego kolegę spotkaliśmy na szlaku.











W połowie drogi dotarliśmy na polanę, na której pasło się sporej wielkości stadko bawołów. I turystów. Niestety, jak zwykle z białych turystów wychodzi dzicz - nie dość, że prawie wkładali obiektywy biednym zwierzętom do pyska, to jeden #%#$%$%@$%$@ (niestety, muszę ocenzurować epitety, które cisną się na usta) postanowił sobie na bawoła wsiąć i poudawać, że jest na rodeo. Dla zdjęcia. ZDJĘCIA! Przyuważyliśmy go dopiero na filmach. Może i dobrze, że nie na żywo - nasze ubezpieczenie nie przewidywało przyłożenia komuś w zęby (Niemąż) oraz kopnięcia w krocze (ja).

Choć Matka Natura zadbała o postawienie niektórych do pionu. Haha, hihi, turyści się bawią na polanie. Bawoły wykazują anielską cierpliwość. Wtem rozlega się krzyk dzieciaka. Potem kolejne 2 głosy mu wtórują. Pijawki! Na polanie się od nich roi i właśnie niektórzy się zorientowali, że mają pasażerów na gapę. Niestety, w tym także i my, choć skończyło się na strzepywaniu z butów. Niemąż ograł mnie 7 do 2. Jakoś zawsze mi się kojarzyło, że pijawki żyją w wodzie. Ten dzień nauczył nas, że można je spotkać nawet na suchej polanie. A potem na suchym szlaku.








Szybkim (szybciutkim) krokiem zmierzamy w kierunku Ghandruka. W końcu widzimy pierwsze zabudowania. Oznacza to jedno - schody, schody i jeszcze raz schody. Jak większość wiosek w Himalajach jest położony na zboczu. A że Ghandruk jest spory, to i schodów będzie sporo. Gdyby ktoś chciał posiedzieć w jakiejś małej wiosce w Himalajach, ale równocześnie czuć powiew cywilizacji i różnych wygód, to polecam Ghandruk. Zwłaszcza że ma jakiś taki śródziemnomorski klimat. 😆

Przebiegamy przez miasto. Zostało nam już tylko ostatnie zejście - na dworzec autobusowy. I w tym momencie dociera do nas, że Ghandruk powinien zmienić nazwę na "Gdzie te schody". My już widzimy ten dworzec, ale jak tu się do niego dostać? Każda uliczka kończy się podwórkiem, schodów brak. A jak już są, to też prowadzą na czyjąś posesję.
Ostatecznie wyszliśmy z miasta i obeszliśmy je, przemierzając jakieś chwasty, boisko i co tam jeszcze. Oczywiście, podziwiając z tej perspektywy schody prowadzące na dworzec...












Kupiliśmy bilety do Pokhary. Odjazd za... coś między 15 a 45 minut. 😆 Co innego było napisane na rozkładzie, co innego powiedzieli. A o jeszcze innej godzinie autobus faktycznie odjechał. Jak to nam ktoś kiedyś powiedział - this is Nepal! 😁

Na nasze nieszczęście (a zwłaszcza Niemęża) - ten autobus był dla liliputów. Może tego nie widać tak na zdjęciach, bo przeciętny Nepalczyk jest niższy i lepiej umie się złożyć w kosteczkę. Jednak żadne z nas nie było w stanie zmieścić nóg tam, gdzie powinny się zmieścić. Niemąż jechał bokiem, a ja z kolanami prawie pod brodą. Nawet jadący z nami Indusi mieli problem, a oni też umieją się poskładać w kosteczkę. Kiedy autobus ruszył, zrozumieliśmy jednak sens tej ograniczonej przestrzeni - z nogami pod brodą człowiek się lepiej klinuje w siedzeniu. A było to potrzebne. Oj, było! Nawet zaklinowana przez całą drogę do Birethanti trzymałam się poręczy. Niemąż próbował coś filmować, ale tak nami bujało, że co chwilę kamera łapała sufit. 😂 Na szczęście kierowca miał wąsy, więc dojechaliśmy bezpiecznie. (Nauka z Indii - jeśli kierowca ma wąsy i wygląda jak Krzysztof Krawczyk, to będzie dobrze. Najwyraźniej w Nepalu ta zasada też działa.)




 

Garść informacji praktycznych:

  • bus Ghandruk-Pokhara - my płaciliśmy po 500 Rs., ale Indusi chyba mniej, więc pewnie można się targować. 😏

Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu