Goodbye, Sauraha!

Nosorożce wytropione (podobnie ze 40 sarenek, 50 motylków i 70 ptaków różnej maści), zatem czas ruszać w drogę. Kierunek - Pokhara!

Jak zwykle rano i jak zwykle tourist bus. Tym razem jednak było jeszcze kilku innych białych, więc podstawili nam jakiś porządniejszy pojazd. Mieliśmy farta. 😁

Bilety kupiliśmy od naszych ziomków z Crazy Tigers. 800 Rs. za osobę za przyjemność przejechania 150 km w 6-7h. Czyli w praktyce 8. Rajendra nawet nam darmową rikszę na busa załatwił. Ba,  sam rano przyjechał na motorze i nas na dworzec eskortował. Tak bardzo chciał mieć pewność, że sobie w końcu pojedziemy! 😆

Wg rozkładu nasz autobus powinien odjechać o 7, ale to tylko taka orientacyjna godzina, odjedzie o 7:30. Zatem rikszą od Rajendry zajechaliśmy na dworzec o 7:20. Z duszą na ramieniu, że jednak będzie po przysłowiowych ptakach. Uff, autobus wciąż stał. Z Kathmandu odjechaliśmy punktualnie, ale najwyraźniej na prowincji rozkład to tylko taka sugestia. Przecież i tak wszyscy wiedzą, kto na co i na kiedy ma bilet. Poczekają.

Faktycznie poczekali - dwójka turystów wpadła o 7:40. 😁W końcu ruszyliśmy Standardowo po drodze pozbieraliśmy jeszcze chętnych na wolne siedzenia, ale że w środku było dużo białych, to szybko poszło. Było czysto, wystarczająco dużo miejsca na nogi i - jak zwykle - bujało na wertepach, więc... kilka razy nam się oko zamknęło. Filmów nie ma, jest za to kilka zdjęć dla miłośników fot z drogi. 

Sauraha żegna nas standardowymi billboardami kuszącymi ucieczką do bogatych krajów.




Ej, przecież kozę też można wyprowadzać na smyczy!


Zaczynają się pagórki. W końcu zmierzamy w kierunku gór.





Jeśli ktoś nadal nie wierzy, że nam planeta wysycha...





Typowy most w Nepalu.



Tak, tamtędy idzie droga! Nawet koparkę na niej widzieliśmy. 😆




I kolejny most.




Trochę jedziemy, trochę stoimy, trochę jedziemy, trochę stoimy. Droga wiecznie w remoncie.


Kolega poznany podczas przerwy lunchowej. Nie, nie zjedliśmy go! 😆


Ryżyk sobie radośnie rośnie.



Garść informacji praktycznych:

  • cena
    800 Rs. za osobę, jeśli kupuje się z wyprzedzeniem. Wieść gminna niesie, że tuż przed odjazdem cena spada i można nawet za 500 Rs. pojechać. Na początkowym przystanku nigdy nie mieliśmy w żadnym mieście kompletu, więc póki co jeszcze się tak da. W niecovidowym sezonie pewnie byłoby gorzej.
  • klima
    A/C jest zawsze w tourist busach.  I nawet działa, choć nie odpalają od razu. Na szczęście w Nepalu dało radę wytrzymać w krótkim rękawie przy włączonej klimie (w przeciwieństwie do wielu innych krajów Azji, w których klimę ustawia się na 15 stopni).
  • postoje
    Są. Obowiązkowo w okolicach godziny lunchowej będzie szybkie 20-25 minut na obiad. (Ale nie że zmuszają - można nie jeść.) Dodatkowo, ponieważ w autobusach nie ma toalet, maksymalnie co 1,5h jest postój na toaletę, zazwyczaj przy jakichś knajpach. I to jest też w ogóle moje największe odkrycie (i fascynacja) - w tym kraju toalety są co 500 metrów! Żadne tam najbliższy MOP za 20 km. (Wg norm nepalskich to godzina drogi...) Jasne, jakość czasem taka, że już lepiej ryzykować spotkanie z weżęm w krzakach, ale jednak są. I to darmowe. I zawsze (!) est mydełko do umycia rączek. 😁

Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu