Nosorożce na tropie nosorożca

Mały spoiler - będzie długo, bo dużo się działo. Jeśli nie chce Ci się nawet przewijać, to kliknij na pierwsze z brzegu zdjęcie, a pojawi się galeria. Weź chociaż obrazki przejrzyj! 😆

Do Parku Narodowego Chitwan przyjechaliśmy w jednym celu - zobaczyć na żywo nosorożce. Z nich właśnie słynie ten region. Liczyliśmy co prawda na spotkanie tego miejskiego nosorożca, jednak marzył nam się też taki dziki. Tzn. mnie się marzył, Niemąż był zadowolony z pójścia w dzicz nawet bez wizji nosorożca. Z racji pracy zdalnej mogliśmy pozwolić sobie na tzw. safari tylko w sobotę. Plan był prosty - iść w dzikie na cały dzień (skoro już płacimy za wejście do parku po 2000 Rs., to trzeba wykorzystać na maksa) oraz uniknąć jazdy na słoniach. (Jeśli ktoś ciekaw - na dole wpisu jest wyjaśnienie.)

Chcemy spędzić cały dzień w parku? Pikuś! Większość agencji oferuje takie 1-dniowe safari. Większym wyzwaniem było jednak uniknięcie jazdy na słoniu. Jakoś każdy tam zakłada, że turyści tylko o tym marzą. (Oby nie!) Szukaliśmy zatem agencji, która oferowałaby jedną z dwóch opcji - jeep albo walking safari. Interesowało nas zwłaszcza to drugie. Walking safari ma ogromny plus - jest czas na wypatrzenie zwierzyny. Kiedy jechaliśmy nad jezioro i rikszarz pokazywał nam w gęstwinie jakieś zwierzę (Mangusta! Tam jest mangusta, widzicie?), to czasem tylko tępo potakiwaliśmy głowami, choć jedyne, co mogliśmy zobaczyć, to liście. Same liście. Wszędzie liście. Gdzie ta przeklęta mangusta niby? Może i byśmy ją wypatrzyli, gdybyśmy mieli więcej czasu.


Jak na (już w miarę wyspanego = ogarniętego) kierownika wycieczki przystało - w Kathmandu zrobiłam wstępny research i rozesłałam zapytania do kilku firm. Kto wie - może uda się dostać jakiś special discount, my friend. Albo po prostu się dowiemy, że nieeee, pandemia jest, nikt nie chodzi na nosorożce, nie opłaca się. I jak to w życiu - część moją wiadomość olała, część mi odpisała. W tej drugiej grupie był Rajendra z Chitwan Jungle Guides. Jego wiadomość jako jedyna miała emotki i była kolorowa, a dodatkowo obiecywał dużo (doznań) za mało (hajsu). W skrócie - kupił mnie. 😁 

Jeden z pierdyliarda motylków, które spotkaliśmy podczas safari.




Już w Sauraha wbiliśmy mu się do biura, wpłaciliśmy zaliczkę co łaska (A wpłaćcie, ile chcecie, jakąś zaliczkę musimy wziąć) i umówiliśmy się na odbiór z hotelu między 7 a 7:30. Co prawda my twardo twierdziliśmy, że chcemy jechać w sobotę, a Rajendra z uporem maniaka powtarzał tak, tak, jutro (a mieliśmy czwartek!), jednak pełni nadziei wyszliśmy z biura. Licząc, że przyjedzie, kiedy trzeba i dokąd trzeba. (Niemąż podał mu ze 3 złe nazwy hotelu, bo przecież wszystkie hotele tutaj mają coś z jungle, wildlife i sauraha w nazwie, więc jak on miał zapamiętać, w jakiej to kolejności). Byliśmy jedynymi zapisanymi na sobotę. Przed wyjściem jeszcze żartowaliśmy, żeby nam kogoś dokoptowali, bo - hehe - będzie kogo tygrysowi na pożarcie rzucić. Hehe. Tuż po tym musieliśmy jeszcze podpisać dokumenty, że jak zje nas tygrys, to nie pozwiemy CJG. Hehe.


Nasi młodsi koledzy.
Od 7 siedzieliśmy przed pokojem zwarci i gotowi, intensywnie wpatrując się w plac przed hotelem. Przyjedzie? Pomylił dni i nie przyjedzie? Rozgrzewkę przed safari już mieliśmy. 😆 O 7:30 zajechał po nas jeep w towarzystwie Rajendry na skuterze. I wtedy zobaczyliśmy ich - tych dokoptowanych.... Młodzi, muśnięci słońcem po 3-tygodniowym trekkingu w Himalajach, sprawni (i później pokonujący wszystkie przeciwności bez mrugnięcia okiem). Oraz my - że tak powiem - no nie bardzo. 😅 Stanowiliśmy ich starsze o 10 lat i cięższe o 20 kilo prototypy: Księżniczkę o delikatnych stópkach (która płacze z bólu, kiedy chodzi po kamieniach) oraz Niemęża, który już na starcie rozebrał się do majtek, żeby wytrząsnąć mrówki, na których drodze nieuważnie stanął. To chyba jednak my będziemy obiadem dla tygrysa, jeśli jakiegoś przyjdzie nam spotkać. I cały misterny plan... 😂

Uświadomiliśmy sobie, że właściwie to mogliśmy już zakończyć to safari, bo znaleźliśmy dwa nosorożce - nas. Jednak Rajendra był innego zdania, zatem wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy przed siebie. A konkretnie na rejs łódką, bo to od niego zaczynaliśmy naszą przygodę. 

Czółno nas łagodnie kołysało, oglądaliśmy ptaszki, krokodyle - pełen chill. Mieliśmy dwóch przewodników - po jednym na każdym krańcu łódki. Jeden mówił po nepalsku, drugi - po angielsku. Siedzieliśmy w środeczku, więc słyszeliśmy wszystko. Czyli nic. 😂 Jednak i tak polecam, bo rzeka o poranku ma w sobie magię.

Siedziska na czółnie. Każdy dostawał "krzesełko" i ustawiał je przed pierwszą osobą na pokładzie.






Te norki to takie M3 krokodyli. 😁




Po 45-minutach dobiliśmy do brzegu i trzeba było wysiadać. Teraz nadszedł czas na krótki instruktaż, jak się zachować, kiedy napadnie nas:

  • niedźwiedź - tutejszy to nie grizzly, nie napadnie,
  • nosorożec - biec zygzakiem, wspiąć się na drzewo, ale co najmniej na 3m, bo niżej nosorożec nas sięgnie,
  • tygrys - nie uciekać, zostawiając przewodników na pożarcie. Ładnie nas o to poprosili, tak na serio. Nie wiem, z kim oni wcześniej chodzili. 😂 Należy też patrzeć tygrysowi prosto w oczy, wycofując się na z góry upatrzone pozycje - jeśli zobaczy nasze plecy, to od razu się rzuci i skończymy jako obiad. Hehe.
Weryfikacja poziomu wody.
"Przeskoczą czy nie przeskoczą?"
Nasz instruktaż.
"A niedźwiedź to jest tej wysokości."
 

Na szczęście zajęć praktycznych z wdrapywania się na drzewa nie było. Ruszyliśmy zatem tropić leśną zwierzynę. Pierwsze trafiły nam się... mrówki. Tak, to będzie historia o majtkach. 😁 Niemąż wziął ze sobą lornetkę, przez co rozglądał się głównie po gałęziach drzew. I tak sobie przystanął oglądać jakieś drzewa albo kopiec termitów. Ba, nawet sobie z przewodnikiem gadać zaczął, że o - tu blisko jakiś owoc chyba leży i mrówki po nim chodzą... No to po Niemężu też zaczęły chodzić. Wszystko zajęło z 5-10 sekund, ale zdążyły mu wleźć w buty i pod spodnie i zaczęły gryźć. Zatem w efekcie Niemąż w tempie ekspresowym ściągał z siebie wszystko.  Nasi młodsi koledzy wyrwali wcześniej do przodu z drugim przewodnikiem i ominęło ich show. 
Trafiły się nam te największe i najwredniejsze - czerwone.


Bez mrówek w majtkach ruszyliśmy dalej. Mijało nas sporo motylków. Chociaż zdrobnienie chyba tutaj nie na miejscu - niektóre z nich w locie można było pomylić z wróblem czy innym ptakiem. Za to my mijaliśmy sporo ładnych drzew, w tym pasożytów oplatających drzewa i wysysających z nich soki życiowe. Tak - te malowniczo wyglądające liany wokół drzew to tak naprawdę cisi zabójcy drzew. 

Jego wysokość Paw!
I tak sobie chodziliśmy po lesie przez godzinę - nawet przyjemnie było. Aż nadeszła jakaś 11 i wyszliśmy na jakąś sawannę... Nie do końca wiem, co przyświecało naszym przewodnikom, ale środek dnia to niekoniecznie najlepszy moment na chodzenie w pełnym słońcu. Zwłaszcza że trochę się błąkaliśmy - dzień wcześniej była wielka ulewa i część dróg została zalana. Niby tropiliśmy nosorożca, ale w praktyce wytropiliśmy tylko jego kupę! I kilka(-naście?) jeleniowatych. I pawia. Gdzieś musiała jeszcze czaić się jakaś pawiczka, bo w pewnym momencie ogon stanął do pionu i paw zaczął nim trząść. Choć może po prostu trenował twerking. 🤔



Każde na coś poluje.




Po ponad godzinie chodzenia po pustyni... tzn. po sawannie nasi przewodnicy ogłosili, że czas na niespodziankę. Będziemy przekraczać rzekę! Yay! Super! Uwaga, tu był sarkazm! Tzn. Niemąż się autentycznie cieszył, bo on jest dzieckiem lasu, dziczy i w ogóle. Najchętniej od razu by wyskoczył z butów na starcie, ale chyba spotkanie z mrówkami ostudziło jego zwyczajowy zapał. O konieczności zdjęcia butów i przejścia jakiejś rzeki wiedzieliśmy już wcześniej, więc przygotowaliśmy się i nawet wzięliśmy ręczniczek i suche skarpety. Tylko że na obrazkach CJG to wyglądało na małą rzeczkę. Cztery kroki i już jesteśmy po drugiej stronie, zamoczymy się może do łydek. Taaaa... No to nas nasi przewodnicy wzięli nad rzeczkę. Żeśmy mieli Raptee przekraczać! Tak, tę samą Raptee w której są krokodyle. 500m w wodzie do pasa! Sorka, chłopaki, byśmy chętnie poszli, ale majtek na zmianę nie wzięliśmy. A poza tym mieliśmy być obiadem dla tygrysa, a nie krokodyla, sami rozumiecie. Już miałam im wyperwadować, tylko Niemąż zdążył się rozebrać i hyc! do wody... Czy ja już wspominałam, że on jest dzieckiem natury? Trudno, będziemy łazić mokrzy i jako pamiątkę przywiozę sobie zapalenie płuc. Albo kikuta ręki po odgryzieniu przez gada... (Tzn. krokodyla, a nie Niemęża.) Zdjęłam buty i tu zaczął się prawdziwy dramat. Kamienie! Serio, już wolałabym tego krokodyla gdzieś zobaczyć niż iść po tych kamieniach. Niemąż to się nawet cieszył, że ma darmową akupresurę. (Dziecko natury!) A ja szłam krok za krokiem, zagryzając wargi z bólu. Młodzi z drugim przewodnikiem nas minęli. Przeszliśmy 50m. Młodzi są w połowie rzeki. Kolejne 50 m. Młodzi dochodzą do brzegu. A my tak krok za kroczkiem... Nasz przewodnik nawet zaproponował, że mnie przeniesie. Chyba naprawdę musiałam stanowić obraz nędzy i rozpaczy. 😂 Gdyby ktoś nas obserwował z boku, to nieźle by się uśmiał. W wodzie stara baba z kijem, asystowana przez dwóch facetów, płacze krokodylimi (sic!) łzami i powtarza cierpię, więc żyję, kaczuszka*, dojdę sama, kaczuszka, ciepię, więc żyję... To było najdłuższe 500m w moim życiu. Cóż, może kiedyś jakiś medyk opisze syndrom delikatnych stópek. Polecam się.

Po tej traumie posiedzieliśmy trochę nad rzeką. Niemąż z jednym przewodnikiem wykorzystali okazję i popluskali się w wodzie. 😆 Piknik taki... 
Dobrze, że w okolicy nie było żadnego krokodyla. (Chyba.)


Ze względu na dłuuuuuuugie przekraczanie rzeki (i wcześniejsze błądzenie z powodu zalanych dróg) nie mieliśmy już szans wejść na wieżę obserwacyjną. Pokręciliśmy się zatem po lesie i usiedliśmy do lunchu. Przy drodze. 😅 Szczęśliwie nie było tam żadnych mrówek, choć co 10-15 minut było trzeba podnosić tyłki, bo przejeżdżał jakiś jeep. Nasi przewodnicy wybrali to miejsce celowo, bo podobno tędy często przechadza się tygrys i kto wie - a nuż go spotkamy? Taaa, jasne, co najwyżej zdjęcia sobie możemy pooglądać... Chociaż każdy z nas, kiedy szedł siku w krzaki, to najpierw długo i uważnie rozglądał się, czy widać gdzieś w trawie połyskujące oczy... Tak na wszelki wypadek.

Dodatkowa atrakcja - wojskowi. Sporo tu obozów.


Jeśli spotkamy tego osobnika, to gdzieś tu żyją nosorożce.


Siedzimy tak sobie, jemy nasz lunch (a raczej to, co się z niego ukisiło po paru godzinach w słońcu). Aż tu nagle nasz przewodnik macha na nas. Nosorożec! Wypatrzył w krzakach nosorożca! Podbiegamy wszyscy na ugiętych nogach i zaczyna się sesja foto. Tylko że skoro my zobaczyliśmy nosorożca, to... nosorożec zobaczył i nas! Najpierw łypał okiem. Potem zaczął wachlować uszami. Uszy poruszają się coraz szybciej - przewodnik każe uciekać. A jak przewodnik każe uciekać, to uciekasz. Chyba że jesteś turystą, to odbiegasz tylko troszkę i dalej filmujesz. 😅 W końcu nosorożec stwierdził, że sobie po prostu pójdzie głębiej w krzaki i tyle. Może nie chciało mu się biegać w tym upale.






Po jakimś kwadransie nadjechał jeep, który się przy nas zatrzymał. Nie będę Was zanudzać opisem tych paru godzin, bo i na jeep safari tak dużo się nie działo... Znów kilka jeleniowatych, mnóstwo małp (chyba przy każdej napotkanej się zatrzymaliśmy, najwyraźniej turyści lubią). Takie the best of the best możecie zobaczyć poniżej.

Wokół nas "elephant grass" (dosł. "słoniowa trawa").







Aż tu nagle... po drugiej stronie mijanego jeziora stoi nosorożec! Pasie się leniwie. Zauważa nas. I jak tylko aparaty idą w ruch, to nosorożec pozuje... tylną częścią ciała. 😂 Najwyraźniej szanuje się - za darmo robić nie będzie. Z tego spotkania wyszliśmy jednak bogatsi o nową wiedzę - jak rozpoznać płeć. Podobno najłatwiej po liczbie fałd pod głową - samice mają 2, a samce 3.

Mamy chłopca!

Nasza wycieczka obejmowała jeszcze wejście na farmę krokodyli, które były dość... leniwe. Szczytem aktywności fizycznej było prześlizgnięcie się nad lub pod kolegą. Zależnie od preferencji.
Fotozagadka - ile widzisz gadów?

Były pogrupowane wg wielkości (= wieku).


"Heniek, nie przejdziesz!
Ja nie przejdę? Potrzymaj mi piwo!"


Czy tylko nas bawił ten widok?


Spacerujemy między akwenami, aż tu nagle za śmietnikiem taka niespodzianka.





Kilka szczegółów praktycznych:

  • Chitwan Jungle Guides (Crazy Tigers Trek & Tours): namiary na Rajendrę +977 9845272531, crazytigerstrekandtours@gmail.com. Nasza wycieczka kosztował 7500 Rs./os. W tej cenie mieliśmy wejście do parku, 45-minutowy rejs łódką, ze 3-4h chodzenia po dżungli, 3h jeepa, wizytę na farmie krokodyli, prowiant na lunch, odbiór z hotelu i podwózkę po safari. 
    Dla porównania - inni za to samo wołali tak z 3000 Rs. więcej. Można nie brać takiego zorganizowanego safari i po prostu zapłacić za wejście do parku, ale i tak trzeba sobie załatwić przewodnika. A konkretnie dwóch - takie minimum dla grupy białych turystów. 

    Prawdopodobnie już ostrzegają, aby zabrać ze sobą klapki i dodatkowe majtki - już widzę zmieszane miny równie zmieszanych turystów. 😅 (Oczywiście, po powrocie wyjaśniłam Rajendrze, że o takich rzeczach to jednak wypadałoby człowieka ostrzec. Próbował się bronić, ale nie miał szans przeciwko sile perswazji. No i trochę pomógł przewodnik, który potwierdził, że ja naprawdę płakałam z bólu.)

Nasi przewodnicy.





Lepiej na własnej d... się przewieź, ale słonia zostaw w spokoju! 

O tym, że słonie są fajne, wie każde dziecko. Że są okrutnie bite, aby były posłuszne - nie każdy, ale można też już od czasu do czasu o tym usłyszeć. Często mamy jednak nadzieję, że kiedy widzimy dość zadbanego słonia i nawet troskliwie do niego mówiącego właściciela, to trafiliśmy na wyjątek od reguły. Na ile to szopka dla turystów, a na ile realna czułość - trudno powiedzieć, ale można chociaż uspokoić sumienie. Tamten słoń to nieeee, na pewno był bity, na tamtego nie wsiądę, ale ten - ten jest szczęśliwy, to mogę. I hopsa na słonia.

Jest jednak problem, którego nie przeskoczymy - szkielet słonia. Parę lat temu widziałam dokument, w którym opisywano budowę słonia oraz jego osiągi.
Wiecie, ile waży siodło na słonia?
Około 40 kg. A te bogato zdobione nawet i 60 kg.
A wiecie, ile komfortowo może udźwignąć słoń?
60 kg! Tak, 60 kilogramów. Czyli siodło i małe dziecko. Albo małego człowieka, bez siodła. Albo samo siodło... Jasne, jak mu dorzucić 10kg, to da sobie z nimi radę, ale czym innym jest dokładanie mu 200 kg, bo jakimś turystom się nie chce chodzić...

Od czasu tego dokumentu staram się uświadamiać każdego, kto jeszcze nie wie. Sama kiedyś jechałam na słoniu i do tej pory wstyd mi własnej głupoty i niewiedzy. Można jednak wybaczyć komuś, kto po prostu nie wie. Ale teraz już wiesz i to Twój wybór - biedny słoń czy jednak własne nogi (Bóg dał Ci dwie właśnie po to, żebyś chodził!) albo jeep.


Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu