Dzień dobry, Pokhara!

Nareszcie Pokhara! I nasze upragnione wakacje. Siedzimy w jednym miescu 2 tygodnie i odżywamy, bez biegania. Tzn. w tzw. międzyczasie idziemy w najwyższe góry świata, ale oprócz tego laba. W teorii... Bo, jak się potem okazało, wcale takich wakacji wakacji nie mieliśmy i wyjechaliśmy fizycznie bardziej zmęczeni niż przyjechaliśmy. 😆 No i chętnie opuściliśmy to miasto z kilkunastocentrymetrowego powodu, ale o tym później.

Zajechaliśmy na dworzec autobusowy. Pierwsza myśl? Żadnego bydła, żadnych kaczek - hej, dotarliśmy do cywilizacji! No i faktycznie, przyjechaliśmy do takiego, powiedzmy, Sopotu. Oznaczało to także jeszcze jedno - infrastrukturę turystyczną, czyli także naganiaczy. Zaczęło się na dworcu. Zgarnęliśmy z autobusu nasze 55kg bagażu i od razu nas otoczyli zainteresowani nami taksówkarze. Jeden z reprezentantów (przewodniczący?) zaczął negocjacje. 

- A dokąd chcecie jechać?
Podajemy adres. Mała dezorientacja, nikt nie wie, gdzie to jest. Wszyscy wyciągają telefony. Połowa szuka na mapach, druga połowa drapie się po głowie. Przewodniczący podejmuje inicjatywę (pewnie dlatego to on jest Przewodniczącym, a nie któryś drapiący się po głowie kolega):
- A numer telefonu macie?
Na szczęście mamy. Dzwoni, przez 5 minut ustala z właścicielką, gdzie tak w ogóle znajduje się nasz apartament, bo nikt go nie kojarzy. W tym czasie zaczynamy się zastanawiać, co myśmy jednak zarezerwowali i czy była to dobra decyzja. 😅
Jakoś się jednak dogadują i Przewodniczący wskazuje nam kierowcę, z którym mamy jechać. Ale hola, hola! Już się trochę wyspaliśmy, więc nie będziemy aż takimi debilami. Czas na najważniejsze pytanie:
- A ile to będzie kosztować?
Przewodnicząy bez mrugnięcia okiem rzuca stawkę - 400 rupii. Słyszeliśmy, że wcześniej inni turyści też za tyle jechali, a na pewno jechali w inne miejsce.
Bez mrugnięcia okiem rzucamy naszą stawkę - 200 rupii.
Mierzymy się wzrokiem.
- 350!
- 200.
Dworzec pustoszeje, na placu (boju) zostaliśmy już tylko my.
- 300, to daleko!
To 2 km. 200.
W tym momencie Przewodniczącemu skacze brew i zapowiada, że za mniej nas nie weźmie. Na co szeroko się uśmiechamy i mówimy BARDZO GŁOŚNO I WYRAŹNIE, ŻEBY WSZYSCY SŁYSZELI, że jedziemy za 250 Rs. Jak nikt nas nie weźmie, to idziemy pieszo - w końcu po coś Bóg dał nam 2 nogi.
Odchodzimy z bagażami i po kilku krokach słyszymy konfidencjalne pssst, 250 ok. Tak się negocjuje w Sopocie. Tzn. w Pokharze. 😂

Co prawda pan musiał odstawiać cyrk z dzwonieniem do właścicielki i ustalaniem adresu od początku, ale w końcu zajechaliśmy pod odpowiedni dom. Dumni z siebie, że nareszcie nie daliśmy się zrobić w debila. 

Jednak przyroda zawsze dąży do równowagi. Raz uniknęliśmy, to kolejna szansa pojawiła się niewiele później - podczas check-inu. Pani właścicielka domu (a raczej żona właściciela) coś tam miała, jakiś rejestr, jakąś rezerwację... Ale właściwie to jaki my pokój zarezerwowaliśmy?
W końcu nas zaprowadziła na miejsce, ale nepalskim zwyczajem dostaliśmy 1 łóźko gratis (które naszym zwyczajem przerobiliśmy na szafę). Niby spoko, ale dla innych mebli mniej miejsca było.
W kuchni pani nam chciała pokazać, gdzie mamy talerze itp. Otworzyła szafkę i... drzwiczki zostały jej w ręce.😅 P zażartował, że gdyby miała śrubokręt, to wkręci jej ten zawias, ale ogólnnie nam nie przeszkadza brak jednych drzwiczek. Pani była jednak bardziej obrotna niż się wydawało, bo wyprysnęła z pokoju i po 10 sekundach wróciła ze śrubokrętami. Trzema, tak na wszelki wypadek. Cóż, Niemąż nie miał już wyjścia i musiał naprawić szafkę.
Na to pani wlaścicielka z drugiej szafki wyciągnęła kolejne drzwiczki, bo skoro mu już tak dobrze idzie... Jakoś dał radę zrobić unik, ale zostawiła nam jeden śrubokręt. Tak na wszelki wypadek. 😏
Natomiast trzeba jej oddać, że jak ostatniego dnia nie mieliśmy ciepłej wody (coś im walnęło w instalacji), to dostaliśmy rabat i darmowe śniadanie. Chyba jednak lepiej umiem robić interesy. 😁


Widok z dachu naszego budynku. Tradycyjnie, wszędzie smog.

I nocna panorama z naszego dachu. Wszędzie wokół oświetlone wzgórza. 😀


Nie mieliśmy suszarki, ale Polak zawsze sobie poradzi... 😆




Widać, że to miasto turystyczne.

W Nepalu cieżary nosi się na głowie.



Tak się też akurat złożyło, że trafiliśmy do Pokhary na najgorętszy okres - pod koniec naszego pobytu odbywały się lokalne wybory. Każdego dnia miasto coraz bardziej było obklejone plakatami, ulotkami i różnymi takimi. Przy czym w Nepalu sztaby wyborczy organizują także reklamę polityków z samochodów - ni to śpiew, ni to melorecytacja, ale wpadało w ucho. Po paru dniach umieliśmy już zanucić motywy przewodnie głównych partii. Nic dziwnego - w końcu słyszeliśmy je średnio co 15 minut. 😆 Tuż obok mieszkania mieliśmy też biuro partyjne? wiec? jednej z partii. Wśród zdjęć najważniejszych oficjeli były zdjęcia... Mao i Stalina! Zgadza się, na ulotkach też się wszystko zgadzało - mieli sierp i młot.


Garść informacji praktycznych:

  • nasz hotel: DnD Apartment, za mieszkanie (sypialnia+salon z aneksem) płaciliśmy niecałe 23 dolary za noc. Miejscówka spoko, generalnie polecamy, chociaż miała dwa mankamenty - pościel pachnącą naftaliną (być może kwestia niewielu turystów i nasza pościel długo na nas czekała w jakiejś szafie) oraz... tak, osławionego, długieego na kilkanaście centrymetrów karalucha. Pewnej nocy siedziałam na kanapie, aż tu przede mną przebiegło dużo małych nóżek, a za nimi kolejne (mniejsze) nóżki. Albo się wprowadziła rodzinka, albo dwa gatunki się zakumplowały i podbijały świat razem. Wielkość pierwszego tak mi zaimponowała, ze aż mnie zmroziło - takiego bydlęcia to nawet w Indiach nie widziałam (a widziałam wiele). Niestety, jak się poderwałam, to już było za późno - dorwałam tylko małego, duży się schował w dziurze. Niestety, kolejnej nocy zwołał swoich poddanych i mieliśmy 3 sprinterów wielkości mogącej wpędzić w kompleksy niejednego kolegę z Polski. Władca karaluchów nawet ostatniej nocy wlazł na szafkę kuchenną i sobie oglądał, jak siedzimy na sofie naprzeciwko. Niemąż twierdzi, że nam wąsami pomachał na pożegnanie. Ja twierdzę, że opracowywał plan, jak przejąć władzę nad światem.
  • taksówka z tourist bus park do karaluszego centrum przejmowania władzy nad światem - 250 Rs.
  • gastronomia - polecamy Green Chilly Bistro (tanio, że o mamo!) oraz Red Brick (pycha, że o mamo!), inne miejsca nam aż tak nie zapadły w pamięć.

Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu