Pokhara leży sobie leniwie na wysokości 800 m n.p.m., co w przypadku mieszczuchów bez kondycji oznacza sapanie przy pierwszym z brzegu podejściu. Okazuje się, że jednak 100 m w górę z poziomu 10 m n.p.m. a z 800 m to nie to samo. Kto by się spodziewał? Dlatego podczas każdego spaceru (w górę) bezwstydnie sobie sapaliśmy. 😅
Szlaki w najbliższej okolicy miasta są darmowe, płaci się dopiero dobry kawałek dalej - wchodząc na teren Annapurna Conservatory. Korzystaliśmy zatem z tego dobrodziejstwa, jak na polską cebulę przystało.
Pierwszą trasę mieliśmy pod domem i prowadziła na Methlang. Mapy twierdziły, że do świątyni Shivy dotrzemy w jakieś 30 minut. Taaa, chyba raczej w 45. I udawajmy, że po prostu robiliśmy przerwy na zdjęcia. (Fakt, robiliśmy.) Wzzgórze jak wzgórze, ale punkt widokowy ładny. Polecamy, takie 8 na 10. Nieźle stąd widać paralotniarzy. I słychać cykady. I w ogóle jakoś tak odludnie, ale przez to i ciekawiej. Gdyby ktoś się wybierał - od strony Cafe Rich Heart są eleganckie schody pod samą świątynię. My, oczywiście, wspinaliśmy się od d...rugiej strony, przedzierając się przez już od jakiegoś czasu nieuczęszczane ścieżki. Wiadomo. 😂
To chyba ważna świątynia, skoro aż drut kolczasty dali...
Niemąż jak zawsze robi foty przyrody w wersji mini... ("Bo tam jest martwa ćma i mrówki ją jedzą!")
A dla tych, którzy siedzą w mieście i już im się zapomniało - tak brzmi las.
Druga trasa to już tzw. must have - kierujemy się na Stupę (World Peace Pagoda). Można podjechać samochodem. Eeeeeee, nuda. Można podpłynąć łódką i iść 40 minut pod górę. Eeeee, nadal nuda. Przecież wiadomo, że lepiej iść na nogach prosto z domu, przy okazji dokładając sobie 6 kilometrów i zahaczając o wodospad. I tak też zrobiliśmy. 😁
Po drodze mijamy wesele.
I wóz reklamujący partię polityczną.
Docieramy nad rzekę Pardi Khola.
Nad rzeką przebiega malowniczy (i chwiejny) most.
Chyba rzeka nie nadaje się do prania...
Typowy sklepik osiedlowy.
Mały, ale urokliwy.
Docieramy w końcu nad wodospad Davis Falls. Albo Devi Falls. Albo David's Fall. 😆 Zależy, kogo zapytacie.
Sam wodospad nie imponuje może wielkością, ale nawet urokliwy jest. I są na miejscu łazienki, co jest niewątpliwym plusem po wlaniu w siebie paru litrów wody. (Czy ja już wspominałam, że w Nepalu wszędzie, ale to wszędzie można znaleźć toaletę?)
Można też obejrzeć studnię, kilka drzew, posiedzieć w altanie.
A to wszystko za 3 złote. Plus za darmo można poczuć się jak gwiazda filmowa. Jako że wodospad nie imponuje, to biały turysta z marszu staje się atrakcją numer 1. A że wielu białych tam nie ma (samych lokalsów widzieliśmy), to nawet takie dwa niewyględne zombiaki miały wzięcie. 😁
Obok budki z biletami znajduje się mały jarmark - pamiątki, ubrania, czego tam turysta potrzebuje.
Naprzeciwko wejścia na teren wodospadu znajduje się wejście do jaskini Gupteshwor Mahadev. Podobno warto, ale ciemne chmury nas skutecznie zniechęciły i pognaliśmy w stronę Pagody.
Mapy twierdziły, że podejście pod Stupę zajmie nam pół godziny. Zajęło godzinę - były zdjęcia, były postoje na podziwianie widoków i kurczaków na gigancie. Przez ponad połowę trasy idzie się po betonowych schodach pomiędzy domami, więc ciągle coś się dzieje. Potem przestaje się już nabierać wysokości i droga wiedzie w pewnym oddaleniu od domów.
Nabieramy wysokości.
Uciekające kurczaki.
Zagadka foto - gdzie jest jaszczurka?
Nareszcie docieramy do Pagody. Mijamy kawiarnię za kawiarnią - kuszą, ale trzeba iść za ciosem. Jeśli się teraz zatrzymamy, to możemy już nie przejść tych ostatnich 100m. Niby to tylko 2h chodzenia, ale jednak temperatura 30+ i wystawienie na pełne słońce o 14 robią swoje.
Nie wiem, jak to jest, ale nasi znajdą się wszędzie. Pod Pagodą spotykamy dwie (albo i trzy) polskie grupy. Przyszli niezależnie. I my na dokładkę... A my nawet nie mamy z Polski bezpośrednich lotów do Nepalu! Nasi są wszędzie. 😆
Sama Stupa jak to stupa - można obejść w 10 minut i po sprawie. Grzecznie ściągamy buty i tak też robimy. Szybki rzut oka na Shivę na wzgórzu obok, smog przed nami, chmury nad nami i... tak, wielbłądy kierują się do wodopoju. Trudno, najwyraźniej nie będzie nam dane zobaczyć Himalaje nad jeziorem. Siadamy w knajpie (panorama pierwsza klasa), potem nawet się przesiadamy na lepsze miejsca, bo hej, kto wie, może jednak zobaczymy góry. I jak tu nagle zza chmur nie wyłonią się wierzchołki...
Jak już pojedlim, popilim i pofocilim (góry oraz przebywające w knajpie owady), to ruszylim w drogę powrotną. Jednak aby było ciekawiej, postanowiliśmy zejść do jeziora i spróbować znaleźć jakąś łódkę. Jak już zeszliśmy na dół (i kilkukrotnie prawie wybiliśmy sobie zęby na śliskich kamieniach), to trafiliśmy na finezyjnie nazwaną restaurację - Typical restaurant. Za 550 Rs. dostaliśmy łódkę do cywilizacji i wioślarza, który na oko chodził do gimnazjum. Głupio nam było, że taki młokos wiezie takie stare byki, ale cóż - przynajmniej w ten sposób zarobił.
Garść informacji praktycznych:
Davis Falls - bilet 100 Rs. To tak małe pieniądze, że warto.
World Peace Pagoda - wstęp bezpłatny. Wokół jest pełno knajpek, więc można zjeść i wypić - polecamy Elite Organic House. Fantastycznie stąd widać Himalaje (zdjęcia tego nie oddają). 😀
Czy leci z nami lekarz? To ostatnie słowa, które chciałoby się usłyszeć na pokładzie samolotu. A takie właśnie padły już w drugiej godzinie naszego lotu. Mamy farta w życiu, co nie? Nasz pierwszy kierunek to Nepal. Początkowy plan zakładał oglądanie kwitnących wiśni w Japonii, jednak przez Wiadomo Co Japonia w kwietniu pozostawała dla nas niedostępna. Dlatego postanowiliśmy zobaczyć kwitnące rododendrony w Nepalu. Niestety, przez Wiadomo Co siatka połączeń do Kathmandu zubożała. I to mocno. 😞 W obliczu niewielkiego wyboru i horrendalnie wysokich cen znanych nam linii postanowiliśmy wybrać po tanioszce nowość (dla nas) - Flydubai. W necie znaleźliśmy milion pięćset sto dziewięćset opinii, że to taki arabski Ryanair. Czyli że trzeba za wszystko płacić - miejsca obok siebie, posiłki, rozrywkę, zdrapki, odprawę na lotnisku itp. Ostatecznie jednak mimo wszystkich dopłat Flydubai zdeklasował konkurencję i pozwolił nam zaoszczędzić minimum 700 zł. Gdybyśmy lecieli "turystycznie"...
Czas na nasze subiektywne podsumowanie Indii. Spędziliśmy w tym kraju aż 5 miesięcy, więc w przypadku większości pytań trudno było wybrać tylko jedno naj . Dlatego czasem będzie więcej. 😅 I tak, przyznaję, że ja ani trochę nie jestem obiektywna, choć się postaram. No ale Indie zawsze będą miały w moim serduszku specjalne miejsce i koniec. Pierwsze wrażenie A: Nareszcie w domu. Wróciłam , Mateczko Indie! P: W końcu nie ma problemów z jedzeniem!* * Nie żeby w innych krajach w ogóle nie było jedzenia. Oczywiście chodzi o wersję wege.😋 Największe pozytywne zaskoczenie A: Niemąż dał radę i nie powiedział mi po tygodniu, że zwijamy manatki do innego kraju. 😜 A poza tym - Hyderabad . Kiedyś byłam, ale nie kliknęło mi aż tak. A teraz... a teraz chcę znowu! P: Temperatury niewymagające klimatyzacji w większości mieszkań. Największe rozczarowanie A: Durne nowe zasady telekomów przeciwko biednym turystycznym żuczkom, które przyjeżdżają na własną rękę. 😂 I o...
Najbardziej znaną budowlą w Hyderabadzie, która przy okazji jest jego symbolem i pojawia się na wszystkich magnesach z tego miasta, jest Charminar, czyli (w bardzo wolnym tłumaczeniu) czworowieża. Charminar jednak brzmi zdecydowanie ładniej. 😂 Na najwyższym piętrze znajduje się meczet, jednak turyści nie są do niego wpuszczani. Podobnie do znajdującej się przy nim madrasy, czyli szkoły muzułmańskiej. Skoro to aż symbol miasta, to czułam potrzebę zabrania tam Niemęża. Okazało się jednak, że w ostatnich latach plac wokół budowli został zamknięty dla ruchu kołowego, więc - jak to zawsze dzieje się w takich sytuacjach - przeistoczył się on w jedno wielkie targowisko. Do czasu zwiedzania trzeba zatem doliczyć z 15 minut na przebijanie się przez tłum oraz kilkanaście mruknięć niezadowolonego Niemęża (albo męża, kogo tam macie w domu). 😅 Choć jako polscy turyści musimy się zadowolić jedynie niższymi piętrami, to i tak warto tu zajrzeć. Głównie żeby przyglądać się życiu wokół Charm...
Komentarze
Prześlij komentarz