Hej ho, w Himalaje by się szło!

Ze względu na ograniczenia czasowe (praca zdalna Niemęża) mogliśmy pozwolić sobie na zaledwie parudniowy trekking. Ze względu na ograniczenia kondycyjne (ekhm) mogliśmy pozwolić sobie na tylko niektóre szlaki. Zatem nasz plan zakładał jedną z najpopularniejszych tras, tj. Nayapul - Tikhedhunga - Ulleri - Ghorepani - Poon Hill - Tadapani - Ghandruk - Dhampus. Powinno nam to zająć max 5 dni, a nawet 4, jeśli się sprężymy. Choć ACAP-a na wszelki wypadek wyrobiliśmy na dłużej - i tak płaciliśmy tyle samo.



Mieliśmy jeszcze dwa wyzwania logistyczne:

  • jak tu się spakować w plecak 20l (ja) 
  • gdzie schować sprzęt na czas naszej nieobecności, żeby nikt go nie ukradł (Niemąż).

Niby i tak mogą ukraść, ale lepsze to
niż zostawienie luzem na widoku.
Do dziś twierdzę, że jestem mistrzem pakowania (i rolowania), bo w te 20 litrów zmieściłam nie tylko ubrania, leki i kosmetyki na 5-dniowy trekking, ale nawet jeszcze ręczniki i pościel wcisnęłam. (Tak, w podróż pojechała z nami także nasza pościel.) Pakowanie w wydaniu Niemęża sprowadzało się do pytania mnie o każdą rzecz (wziąć? zostawić? gdzie leży?) oraz zgarnięcia ręką powyższych do plecaka. Większym wyzwaniem było zabezpieczenie elektroniki. Jednak polska kreatywność jest z jakiegoś powodu dobrze znana w świecie. Pomogła nam w tym także szafa i trytytka. (Tak, trytytki też zabrałam. Na pewno to przez nie nasze bagaże ważą 55 kg. 😅)
Skończyliśmy dopiero ok. 1 w nocy. A o 6 pobudka. I kilkanaście kilometrów chodzenia po górach. Z rozwaloną kostką. Mądrze, nie? 


Trekkingu dzień 1.

Plan minimum: dotrzeć Tikhedhunga.
Plan maksimum: wypluć płuca i dotrzeć do Ulleri. 😅

Z samego rana (= o 8) ruszamy na dworzec. Zapłaciliśmy tylko 350 Rs., choć ten dworzec był dwa razy dalej niż poprzedni. Taka matematyka w Nepalu. 😂
Taksówkarz pokazuje nam palcem autobus. W ciemno, w końcu jesteśmy turystami, to dokąd możemy jechać? Wiadomo, do Nayapul. Wysiadamy z taksówki i kolejni naganiacze nam pokazują autobus. W ciemno. Wiadomo, przecież my na pewno do Nayapul, bo i dokąd? A że my faktycznie do Nayapul... Tym razem autobus lokalny - można poznać po tym, że na dach wnoszą mnóstwo tobołków, w tym jakąś zieleninę. Tuż przed odjazdem widzimy przez okno, że zajeżdża taksówka z parą turystów. Wiadomo - jadą do Nayapul (bo dokąd?), więc czekamy. 😆 Poznajemy ich - to Holendrzy, razem z którymi wczoraj wyrabialiśmy TIMS-y i ACAP-y.


Podczas postoju do toalety szło się między kurami.

Do Nayapul mieliśmy jechać 1,5h. Albo 2h. Albo jakoś tak. Jak dojedziemy, to dojedziemy - w Nepalu to najdokładniejszy sposób podawania czasu przejazdu. Co ciekawe, choć to lokalny autobus, z dość krótką trasą, to już po 45 minutach zrobiono przerwę na drugie śniadanie i toaletę. Po 20 minutach ruszyliśmy dalej. W 15-minutową trasę. 😆 Zakrętów jest mnóstwo, ograniczeń prędkości jeszcze więcej, ale do Nayapul można dojechać szybko - wszystko zależy od umiejętności (i brawury!) kierowcy.
Jeszcze w trakcie postoju zostaliśmy zdybani przez współpasażerów - a dokąd jedziemy (przecież wiadomo, że do Nayapul!), jakie mamy plany itp. Holendrzy poszli jeść. Niemąż udawał, że go tam wcale nie ma. Jako dobrze wychowany człowiek zaczęłam odpowiadać. Zdawkowo. Z nadzieją, że szybko poczują, że się rozmowa nie klei. I odpuszczą. Holendrzy poszli do toalety, byle nie wracać do autobusu. Niemąż wciąż udawał, że wcale nie stał obok mnie. Aż tu nagle jeden z pasażerów powiedział nam, dokąd naprawdę jedzie ten autobus. 😏 Nie no, do Nayapul też, ale NIE TYLKO do Nayapul. Nasz plan zakładał przejście z Nayapul do Tikhedhunga/Ulleri przez Birethanti. Internety twierdziły, że busy do Nayapul kończą w Nayapul, więc nawet nie sprawdziliśmy tablicy na naszym. A tam jak w pysk było Pokhara-Nayapul-Birethanti-Ghandruk. Jednak czasem warto grzecznie odpowiadać nawet na irytujące pytania. 😇 Dzięki temu nie musieliśmy maszerować betonową drogą w pełnym słońcu i zaoszczędziliśmy 40 minut. Przynajmniej w teorii. W Nayapul nasz autobus stawał przy prawie każdym sklepie i zabierał jakieś pakunki w dalszą podróż. W pewnym momencie w rzędach za nami podróżowały kołdy i materace. W ten sposób nasz zaoszczędzony czas skurczył się o jakieś 20 minut. W końcu jednak po 10 przystankach ruszyliśmy dalej, już do Birenthanti. 

Wysiedliśmy z autobusu, zapłaciliśmy za przejazd i zadowoleni z siebie wolnym krokiem skierowaliśmy się w stronę punktu kontrolnego. Już nawet na nas machali, żebyśmy zrobili obowiązkowy check-in, bo jesteśmy na terenie chronionym Annapurny. A co my na to? A my na to... odwróciliśmy się na pięcie i pędem ruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Ciekawe, jak często im tak turyści uciekają. 😂 Ruszyli za nami, machając na nas, że jak to, że wracać mamy. A my przed siebie, za autobusem. Niemąż biegnie, ja szybkim krokiem za nim, bo słońce praży i stromo. Kardio jak się patrzy!
I zanim zrodzą się plotki - my nie uciekaliśmy, my goniliśmy. Autobus. A raczej drona, który w nim został... Podczas wysiadania doszło do klasycznego błędu komunikacyjnego. Wzięłaś wszystko? wg mnie było pytaniem o to, czy wzięłam wszystkie swoje rzeczy. Wg P - wszystko z półki, z której ściągałam plecak. Ups. 
Mimo ogromnej determinacji z naszą kondycją nie mieliśmy szansy na dogonienie autobusu (jechał dalej w górę). Na szczęście Niemęża przechwycił jakiś człowiek na motorze - po wysłuchaniu rzewnej historii o zgubieniu drona za 2k ruszył w pościg za autobusem. Najwyraźniej wyżej droga jest kiepska i szybko poszło, bo po paru minutach do Niemęża wrócił bileter z torbą. Prawdopodobnie potem pobiegł dogonić autobus - pewnie ma lepszą kondycję niż my.
Zadowoleni, że udało się odzyskać zgubę, wróciliśmy do punktu kontrolnego. I wtedy na horyzoncie zobaczyliśmy znajomych Holendrów... 

Szlak pierwszego dnia był stosunkowo prosty. Szliśmy (głównie piaszczystą) drogą, było trochę podejść, ale nic specjalnie stromego. Raczej wychodziła z nas kiepska kondycja. Raz na jakiś czas mijały nas samochody i motory, ale nie przeszkadzały w marszu - droga jest szeroka. Największym wyzwaniem było słońce - trasa nie była zacieniona. Co prawda na początku szlak wiedzie wzdłuż rzeki, więc czasem zawiewa chłodnym powietrzem, ale to nie jest trasa stworzona do marszu o 12. 😅 Stąd mały pro tip - jedźcie dzień wcześniej do Birethanti, prześpijcie się i wyruszcie z samego rana, zanim się zrobi gorąco. Natomiast widoki nagradzały. To jeszcze nie wysokie góry, ale czuć, że góry już blisko. 


 




O sapaniu, powtarzających się pytaniach ile jeszcze? oraz ale jak to niby w 15 minut mieliśmy to przejść? już 20 idziemy! nie będę się rozpisywać, bo to motyw przewodni całego naszego wypadu w góry - pojawiał się średnio co kwadrans. Z ciekawszych rzeczy - na tej trasie w rzece przetestowaliśmy naszą filtrującą słomkę, kupioną na Allegro - polecamy. Żadne z nas nie może na 100% potwierdzić, że działa, ale piliśmy wodę z rzeki wiele razy i nic nam się nie stało. Zatem chyba działa.





Po południu wiedzieliśmy już, że planu maximum nie zrealizujemy. Z Tikhedungha do Ulleri prowadzą tysiące (tysiące!!!) schodów, a my padamy już na twarz. Trudno, schody trzeba zostawić na kolejny dzień. Byle się doturlać do Tikhedunga i znaleźć jakiś nocleg. Godzinę przed celem rozważałam nawet złapanie jakiegoś stopa, żeby nas podwiózł - zaczęły się zbierać ciemne chmury. Niemąż cały w skowronkach - super, nie będzie słońca! A ja... ja niekoniecznie. 😒 Żadna zabawa iść w strugach deszczu. I tak sobie idziemy 15 minut. Jeszcze nie pada. Kolejne 15 minut - wciąż nie pada. Może się uda nie zmoknąć? Dobra, olać stopa, idziemy! Podniesiona na duchu wyrwałam przodem i pierwsza dotarłam do jakiejś przydrożnej garkuchni. Ok, lepszym określeniem byłoby do szopy z napojami i 2 daniami do wyboru na krzyż. Od razu zaczęły się nagabywania. Niemąż stwierdził, że nawet by się czegoś napił. Od godziny miało padać, ale jakoś nie zaczęło, to 5 minut nas nie zbawi, nie?

Po 5 minutach lunęło. LUNĘŁO! Oj, jak się cieszyliśmy, że byliśmy w naszej pięknej szopie. Nawet Niemąż przyznał, że marsz w tym czymś za barierką nie byłby niczym przyjemnym. Chyba domyślał się, jakimi epitetami bym rzucała, idąc w tych strugach błota. 😂 Trudno, skoro już tu jesteśmy, to przeczekamy. 

Dosiada się do nas jakaś rodzina i zaczyna rozmowę. Najpierw oczami. Ranek nas już nauczył - trzeba przyjąć, co nam daje Nepal. Skoro daje nam chętnych do rozmowy lokalnych, to trzeba rozmawiać. W końcu ile można patrzeć na deszcz? Dostajemy od rodziny propozycję wzięcia jeepa. Odmawiamy, bo pewnie nas chcą naciąć, a i tylko pół godziny marszu zostało. Mija kwadrans. Niemąż wyciąga lornetkę, dajemy ją potem dzieciakom, żeby też sobie popatrzyły i miały trochę radości. Nadal pada. Mija kolejny kwadrans. Rodzina znów proponuje wzięcie jeepa - na spółę razem z nimi. Nie, nie trzeba, na nogach sobie pójdziemy. Mija jeszcze kwadrans, nadal pada. Głowa rodziny po raz kolejny proponuje jeepa. Rozmawiamy o szczegółach. 500 Rs. od osoby, ale zabiorą nas od razu do Ulleri (hurra, nie trzeba pokonywać 3 tysięcy schodów!). I mają fajny pensjonat, to się możemy od razu tam zatrzymać. Sprzedane! Korzystamy, że deszcz nieco zalżał i biegniemy do jeepa. Dopiero w środku dociera do nas, jak liczna to jest rodzina. 😅 Właściwie to oni sami ledwo się w tym jeepie mieścili. Raczej nie wzięli nas dla pieniędzy - chyba było im nas po prostu szkoda i czuli się w obowiązku zaopiekować uparciuchami. 
Ranek nauczył nas, że warto być grzecznym i odpowiadać na pytania. Popołudnie nauczyło nas, że warto być leniwym i czasem zrobić sobie przerwę.



Jedziemy sobie z naszą rodzinką.



W Ulleri okazało się, że to jest ICH pensjonat. Tzn. są właścicielami. I w dodatku to najlepiej wyglądający budynek w mieście. Dali nam nawet pokój z najlepszym widokiem. Kiedy ganialiśmy po hotelu (a pozwiedzajcie sobie cały budynek, na dach też możecie wejść - lepszy widok będzie), to z balkonu zobaczyliśmy... A jakże, naszych Holendrów! 😆 Ależ podziwiali nasze tempo - przecież jakiś czas temu zostawili nas na szlaku daleko w tyle, a jednak ich prześcignęliśmy. Cóż, nie wyprowadzaliśmy ich z błędu. Zaczęliśmy im machać, żeby przyszli do naszego pensjonatu - chociaż tak mogliśmy odpłacić naszym wybawcom.

Podczas wymeldowywania dostaliśmy rachunek tylko za jedzenie, pokój mieliśmy za darmo. Fantastyczni ludzie. Szczerze polecamy - Super View Point. 💓 

"Za tym kogutem w prawo", czyli znów jesteśmy na prowincji. 💓


"Mały" czajnik herbatki (tak na 8 filiżanek), w tle restauracja w pensjonacie.


Polska myśl techniczna - walka z grawitacją. 😅
A co to za słodziak?
 
Nasz pokój - jak zwykle 2+1. I widok za oknem (na sąsiedniej ścianie też taki mieliśmy).







Garść informacji praktycznych:

  • Pokhara-Nayapul: bus kosztuje 200 Rs. za osobę (+50 Rs. za odcinek do Birethanti), z rana autobusy odjeżdżają co 30 minut, więc można w ciemno jechać. Gdyby ktoś planował zatrzymać się tu na noc, żeby od rana wejść na szlak - Birethanti jest o niebo ładniejsze niż Nayapul. 
  • hotel w Ulleri - Super View Point, sami za nocleg nie płaciliśmy, ale cyknęliśmy fotkę dla potomnych. Na tej wysokości jedzenie jest droższe niż w dolinie tak o 50%, chociaż porcje dają hojne - z małego czajnika herbaty wyszło nam 8 filiżanek...


Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu