Hej ho, Himalaje - dzień 2

Kolejny dzień planowaliśmy zacząć wcześnie - mieliśmy nadzieję, że pogoda będzie nam sprzyjać i zobaczymy wschód słońca. Przywitały nas takie widoki:







Plan był taki, żeby raz dwa zjeść śniadanie, zrobić szybki oblot hotelu dronem (wczoraj zaproponowaliśmy naszym wybawcom, że im damy nagrania do reklamy pensjonatu) i sruuu - na szlak. Chcieliśmy, naprawdę chcieliśmy wyjść o normalnej godzinie... Holendrzy wstali po nas, wyszli (grubo) przed nami. 

Zaczęło się od niewinnego: A to tylko filmiki czy zdjęcia też nam zrobiliście? No to poszliśmy zrobić drugi oblot - zjawił się nawet oficjalny marketingowie (= brat właściciela). Obawiając się, że czekać nas może jeszcze dogrywka, zapobiegawczo zasugerowałam, aby panowie poszli z nami i sobie od razu patrzyli, czy Niemąż dobrze lata i może jeszcze jakichś ujęć potrzebują. Pół godziny latali. 😅 Po całej akcji musieliśmy jeszcze się naładować - w końcu tego dnia mieliśmy w planach też nagrania dla siebie.

Panorama Ulleri.



Mężczyźni przy pracy. 😅



W podzięce za materiały marketingowe nie policzyli nas za śniadanie. Od brata-marketingowca dostaliśmy też jeszcze herbatkę za friko. Tak się robi biznesy w Nepalu! 💪 Jeszcze tylko szybciutko zgramy materiały i lecim na szlak, póki pogoda dopisuje.
No właśnie, na coś musimy zgrać przecież!
Brat-marketingowiec pobiegł do domu i wrócił z laptopem.
No, to teraz szybciutko zgramy i na szlak. A nie, nie mamy adaptera do karty - laptop ma tylko gniazdo na większe karty... Może przez telefon?
Brat-marketingowiec pobiegł po telefon.
No, to teraz szybciutko zgramy i... kto ma szpilkę do otwarcia telefonu?
Brat-marketingowiec... nie, nie pobiegł do domu - właściciel miał w portfelu. 😆
No to teraz szybciutko... Kabel nie działa! Laptop nie widzi telefonu, nie ma jak zgrać.

Byliśmy w stanie wyjść po godzinie. I znów weszliśmy na szlak krótko przed południem... A przecież wstaliśmy przed 6!

Plan minimum: Ghorepani.
Plan maksimum: Ghorepani.
W skrócie - musimy dojść do Ghorepani, choćby i na łokciach. 😆 A wszystko po to, aby następnego dnia wstać przed 4 i iść na Poon Hill na wschód słońca. Łatwiej by było, gdybyśmy wyszli zgodnie z planem po 8. Teraz pewnie do Ghorepani dotrzemy późno. Jednak najważniejsze dla nas było, że komuś pomogliśmy. Wyśpimy się kiedy indziej, mamy już doświadczenie z trybem zombie. Widoczki też coraz bardziej wynagradzały poświęcenie.






  



Nasi tu byli? 



Słomka filtrująca się przydała.



Nangethanti na horyzoncie. Nareszcie!



Widok z naszego pokoju.




Wynagradzały do czasu, gdy zaczęło padać. Na szczęście nie była to już taka wichura jak wczoraj. Na nieszczęście - żadnego jeepa w okolicy nie było (i na tej wysokości już nie miało prawa być). Doszliśmy do Nangethanti i rozpoczęliśmy poszukiwania noclegu. Na tym etapie już odpuściliśmy kolejne godziny marszu do Ghorepani.
Nangethanti bez turystów wygląda jak zapomniana przez Boga wieś i sprawia wrażenie jak z horroru. Szaro, buro, żadnych ludzi. Początkowo próbowaliśmy znaleźć pensjonat polecany przez właściciela odwiedzonej wcześniej knajpki. Jednak coś nam nie poszło i do tej pory nie wiemy, gdzie jest Punam. Na ulicach pustki - nawet nie było kogo zapytać. Szybki ogląd wioski i już wiem, że tylko w jednym domu mamy szansę na ciepłą wodę - ja tam chcę! W dodatku były firanki w oknach - może nie będę próbować uciekać zaraz po przekroczeniu progu. Idziemy z nadzieją, że kogoś spotkamy i uda nam się tu przenocować. W Nepalu jak w Indiach - trzeba się było chwilę pokręcić i zaraz się ktoś nami zajął. Sąsiad, kolega, właściciel biznesu obok - nie wnikamy, najważniejsze, że dał nam klucze. Pokój miał jakieś 4 metry kwadratowe, ale to nam wystarczyło. W Himalajach kaloryferów brak, więc było zimno w huk, ale czekały na nas dwie grube kołdry. I nawet sprawiały wrażenie czystych.
Trochę przerażała łazienka. (Wspólna, ale byliśmy sami w budynku, więc... nasza prywatna.)
Bardziej przerażał korytarz, zwłaszcza wieczorem. Czekałam, aż jakieś dziecko zacznie jeździć na rowerku, niczym w Lśnieniu. Zaczęło - w knajpie na parterze. 😅 

  

Pośrodku restauracji stał piecyk (standardowe rozwiązanie w domach tutaj), niestety nie był rozpalony. Najwyraźniej nie opłacało się dla naszej dwójki. Pozostało nam zatem wzięcie local wine. Oczywiście, tylko dla rozgrzania się, bo pogoda paskudna. (No dobrze, dla mnie bardziej dla kurażu - czekało nas przejście przez korytarz.) Lokalne wino zostało po 5 minutach dostarczone przez starszego pana. W plastikowej butelce, która najlepsze czasy miała za sobą. Nie struliśmy się (w końcu to bimber!), ale nie polecamy - prawie graliśmy w marynarza, kto ma dopić końcówkę. Najwyraźniej nie jesteśmy znawcami (domowego) wina ryżowego...



Garść informacji praktycznych:

  • hotel - dokładnej nazwy nie pamiętamy, ale zrzeszony w ramach Lali Gurens, poznacie po najładniejszych firankach w oknach. Na parterze w budynku obok jest ich restauracja - smacznie. Ogólnie polecamy, jeśli ktoś utknie w Nangethanti. Latem może być nawet przyjemnie. 
Hot shower dostaliśmy gratis. 😁

Stolik VIP z krzesłami ogrodowymi deluxe.
 


 

Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu