Witamy w stolicy!

Za parę dni przyjdzie nam opuścić już Indie. 😭 Na mapie naszej podróży zostało jeszcze jedno miasto - Delhi. Miasto siedmiu fortów, największego w Indiach meczetu oraz... najlepsza miejscówka na ostatni shopping!

Niemąż był już zmęczony zwiedzaniem, ja w Delhi byłam wiele razy, więc stolicę postanowiliśmy brutalnie wykorzytać tylko do dzikich zakupów właśnie. Gdyby nadal działało tu Kingdom of Dreams, to zaciągnęłabym Niemęża na najlepszy musical na świecie - Zangoorę. Jednak wraz z wybuchem pandemii KOD zbankrutowało, więc nie ma już nic ciekawego w Delhi! 😂 W weekend ja miałam kurs online, w tygodniu Niemąż miał pracę, więc tym bardziej nie było czasu na głupoty. W końcu pamiątki same się nie kupią.

Nocleg wybraliśmy strategicznie w dzielnicy Paharganj, która jest (a raczej była) główną miejscówką backpackerów w Delhi. Tanie hotele, sklep na sklepie i sklepem pogania - idealna sceneria zakupowa dla Niemęża. Gdyby się zmęczył, to mógłby w dowolnej chwili szybko wrócić do hotelu. Plusem była też bliskość dworca - z New Delhi Station do Grace House poszliśmy sobie na nóżkach. O 23 nie było już wielkiego ruchu, więc nawet daliśmy radę jakoś sensownie się przecisnąć uliczkami Paharganju. Podczas tego spaceru uświadomiłam sobie, jak drastycznie dzielnica może się zmienić w ciągu zaledwie 3 lat. Obecnie Paharganj w nocy przypomina bardziej Khao San Road w Bangkoku - w co trzecim budynku znajduje się jakiś klub albo dyskoteka, neony niemiłosiernie biją po oczach, a ulice przemierzają grupy turystów spragnionych rozrywki. Na szczęście w ciągu dnia Paharganj już bardziej przypomina siebie sprzed lat.

Jako że żadne z nas nie jest jakimś specjalnym miłośnikiem zakupów, to nasz dziki shopping wcale nie był taki dziki. 😅 Pokręciliśmy się głównie po Main Bazaar Road na Paharganju oraz Karol Bagh Market dwie stacje metra dalej. Nie mieliśmy też za bardzo miejsca w bagażu, żeby aż tak szaleć, więc kupowaliśmy głównie drobnicę, np. kilogram przypraw. I 4 wielkie talerze. I 4 kubki. I 16 miseczek. 😂 No ale zestawów do thali w Polsce nie dostaniemy, więc nie było wyjścia - trzeba było je przywieźć z Indii! 

Choć może jednak nasze zakupy były bardziej imponujące, skoro w jednym sklepie zostaliśmy nawet zaproszeni przez właściciela na oglądanie panoramy z dachu. Pobuszowaliśmy też po drodze wśród towarów na 3 piętrach, które raczej były składzikiem niż sklepem właściwym. Świadczyła o tym gruba warstwa kurzu, która przykrywała absolutnie wszystko. Gdybyśmy postali tam z 10 minut, to pewnie i nas by przykryła. Paharganj to nie jest dzielnica dla osób uczulonych na kurz.

Jednak największe atrakcje Indie lubią zostawić na koniec. Ostatniego dnia kręciłam się po naszej dzielnicy w poszukiwaniu pasmanterii. Kto nigdy nie widział indyjskiej pasmanterii, ten nie zna życia. To zawsze dobra miejscówka, żeby się w pamiątki obkupić. U nas takich cudeniek nie ma. 😜 W końcu jedną znalazłam w jakiejś bocznej uliczce. Kanciapka wielkości kioskiu Ruchu z lat 90. była otwarta, ale wejście zostało zastawione krzesłem. A sprzedawcy ani widu, ani słychu. Chwilę postałam przed owym krzesłem, dając tym samym znak obserwującym mnie sąsiadom, że jestem zainteresowana tym punktem. Nie żebym widziała, że ktoś mnie obserwuje, ale... to Indie, na pewno ktoś obserwował. 😂 Liczyłam, że już dzwonią do właściciela, więc zrobiłam hyc! nad krzesłem i zaczęłam wygrzebywać co lepsze drobiazgi. Przecież i tak chciałam zapłacić! A gdyby ktoś naprawdę miał coś przeciwko polskiej turystce kręcącej mu się po kanciapie, to powinien zaciągnąć kratę, a nie tylko krzesło postawić! No i to są Indie - wiedziałam, że nikt nie będzie miał nic przeciwko. Tak też było - po 5 minutach zjawił się pracownik, który od progu już mi kiwał ręką, że dobrze, że sobie weszłam jak do siebie. W pasmanteriach indyjskich kupuję zawsze duuuużo, więc i siedzę w nich długo. A jak się w Indiach długo w sklepie siedzi, to człowiek może się wiele nasłuchać. W taki sposób dowiedziałam się od Rama, że jest właścicielem dwóch pasmanterii i 3 kamienic na Paharganju, z których 2 wynajmuje na hotele. Może załatwić mi zniżki. Że jego syn i dwaj bracia nie żyją. Że mieszka w Delhi, ale myśli o tym, aby się gdzieś wyprowadzić na stare lata. Ale dokąd? I co będzie tam robić? Tu może sobie posiedzieć w sklepie chociaż. A raczej w dwóch - siedzi pół godziny w jednym, potem idzie 100 metrów dalej do drugiego i w nim siedzi też pół godziny. I tak sobie krąży pomiędzy nimi, bo co innego miałby do roboty? Rano wyskoczy do domu 100 metrów dalej na śniadanie, potem na obiad. I tak się dzień toczy. A przynajmniej może sobie pogadać z ludźmi. Wiele lat temu nawet spotkał taką jedną Alę z Polski, która mu z biznesem pomogła... Zaraz, zaraz, Alę z Polski? 😂 Jak tylko Ram się dowiedział, że też jestem Alą z Polski, to zabrał mnie do drugiego sklepu (tego lepszego), po drodze zamówił nam herbatę, a potem jeszcze zaprosił do domu, żebym poznała jego żonę, dzieci i wnuki. Bo jestem Alą. Z Polski. Takie rzeczy tylko w Indiach! 🧡🤍💚

Garść informacji praktycznych:

  • pociąg Alwar-New Delhi: 500 Rs./os. za klasę CC
  • nocleg w The Grace House: 2400 Rs./noc za pokój z klimatyzacją, można o wiele taniej, ale my szukaliśmy pokoju z biurkiem, a to dobro luksusowe w tej dzielnicy
  • metro z RK Ashram Marg na Karol Bagh: 20 Rs./os.

Poczekalnia dla upper class na stacji Alwar Junction. 😆


To się nazywa tablica informacyjna! No ale wiadomo, upper class. 😂








Tyle kupiliśmy, że dostaliśmy zaproszenie na dach.


Hau hau!


Ahuja sons. 😅



Atrakcja stacji metra Jhandewalan - wielki Hanuman.





Hey, Ram!


Paharganj by night.


Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu