Pralnia pod chmurką i inne cuda

Kolejny dzień intensywnego zwiedzania postanowiliśmy spędzić nadal na południu miasta, ale trochę bardziej na północy owego południa. Robiąc to, co tygrysy lubią najbardziej - tuptając. Nasz pierwszy przystanek to Dhobi Ghat, czyli główna pralnia Mumbaju. Co w niej takiego ciekawego? Znajduje się pod chmurką! W dodatku została nawet wpisana do Księgi Rekordów Guinessa. Ze względu na jej wielkość oraz populację można byłoby ją porównać do małego osiedla. Niektóre rodziny mają tu nawet swoje domy, a zawód pracza przechodzi z ojca na syna. Najlepiej podziwiać pralnię z estakady przy stacji kolejowej Mahalaxmi. Znajduje się na niej nawet dedykowana platforma widokowa. Poznacie ją po tłumach turystów!

Z pralni potuptaliśmy lokalnymi uliczkami w stronę Haji Ali Dargah. Skoro aż mi mauzoleum postawili, to trzeba je odwiedzić. 😂 Miejsce o tyle ciekawe, że znajduje się na wyspie, więc idzie się do niego groblą. I tyle w zasadzie w nim specjalnego. A, no i jeszcze zanim dojdzie się do grobli, to trzeba przebrnąć przez rozkopy, ogrooomne rozkopy. (Czy już wpominałam, że obecnie Indie to jeden wielki plac budowy?) W dodatku żadna z naszych map nie pokazywała dobrze dojścia do grobli. Uliczki, które miały istnieć, nie istniały. Za to pojawiły się uliczki ekstra. Bo ktoś postanowił pośrodku zrobić targ, więc drogi wytyczono na nowo. 🙈🙉🙊

Nie przestaje mnie zachwycać organizacja tego miejsca. Dżinsy, prześcieradła, sari - wszystko ma swoją dedykowaną sekcję.


Ekskluzywne apartamenty z widokiem na... pralnię. Brałabym!





Wszyscy oszaleli na punkcie Pathaan.




Mój Haji.



 















Z Haji Ali potuptaliśmy do kolejnego punktu na naszej (ok, mojej) liście, czyli Muzeum Kina Indyjskiego. Tutaj pierwsze zaskoczenie - przed wejściem na skwer trzeba się było wyspowiadać ochroniarzowi (z karabinem, a jak!), po co i na co przyszliśmy. Następnie wpisać do książki gości. Dopiero wtedy mogliśmy wejść na dziedziniec i udać się w stronę kas. Muzeum mieści się w dwóch budynkach, w których można zapoznać się nie tylko z historią kina indyjskiego (głównie bollywood w hindi), ale także z aspektami technicznymi tworzenia filmów. Jak na przestrzeni lat zmieniał się sprzęt, w jaki sposób kina rozliczają się z producentami itp. Każde z nas miało radochę z innych elementów wystawy, jednak oboje wyszliśmy zadowoleni i polecamy to miejsce.


Jakoś nagle Niemężowi się zaczęło tu podobać...


Prawdziwa Karyna? 😂


Wiadomo, że Indusi byli we wszystkim pierwsi! Nawet E.T. to oni wymyślili!
 

Miss Ala lubi to. 😆


Polska! 😍


Pierwsze indyjskie aktorki były... białe. Nawet przybierały lokalne pseudonimy. Dopiero z czasem pojawiły się aktorki będące Induskami.




Najbardziej znane małżeństwa filmowe. W Indiach filmowe rody to normalka.


I cześć, drugi Szaruk! Choć trzeba być prawdziwym fanem, żeby rozpoznać... 😂

Cześć, Szaruk!


Cześć, Madhuri!


W Muzeum nie zapomnieli o twórcach muzyki filmowej oraz piosenkarzach! W końcu muzyka to ważny element tutejszych filmów.





Kto wiedział, że Charlie Chaplin się inspirował Gandhim?


Chyba coś to daje, bo jakoś czyściej było niż kilka lat temu. 😍

Mumbaj lubi kampanie edukacyjne.





















Z Muzeum udaliśmy się w stronę plaży Chowpatty. Po drodze mijaliśmy osiedle należące do indyjskich zoroastrian. Znajduje się na nim park, który w zasadzie jest cmentarzem. Na jego terenie chowa się zmarłych w tzw. Tower of silence. Dla zoroastrian ogień jest święty, więc w przeciwieństwie do hindusów nie palą zmarłych. Nie wrzucają ich także do wody ani nie zakopują, aby w ten sposób nie doprowadzić do skażenia środowiska. Co zatem pozostaje? Ułożenie ciał na Wieży i czekanie, aż sępy się nimi zajmą. Makabryczne, ale jednak też fascynujące. Wieże Ciszy są zamknięte dla niewyznawców, tak samo jak i cały cmentarz. Mieliśmy jednak cichą nadzieję, że może uda nam się dostrzec zarysy budynków. Jednak zoroastrianie dobrze strzegą swojego cmentarza. Mijając jego teren, czuliśmy jednak specyficzną atmosferę. Być może ze względu na znajomość historii, która kryje się za tym miejscem.

Pozostało nam zatem zajrzenie po drodze do dwóch normalnych parków - Hanging Garden oraz Kamala Nehru park. Wiszące ogrody jednak odpuściliśmy - Niemąż kazał mi wybrać tylko jedno z tych miejsc. A że tam już byłam, to stanęło na nieodwiedzonym jeszcze Kamala Nehru Park. Jeśli ktoś ma dzieci, to będą się tu dobrze bawić, bo jest dla nich trochę atrakcji. Dorosłym polecamy głównie panoramę. Albo Wiszące Ogrody. 😅

Naszą pieszą tułaczkę zakończyliśmy na plaży. Nie kąpaliśmy się jednak - na zdjęciach dobrze widać, jak niski był poziom wody. No i umówmy się - woda przy wielkich miastach nie jest specjalnie zachęcająca. Jest to jednak dobre miejsce, aby poobserwować Mumbajczyków. I to właśnie robiliśmy my.


Garść informacji praktycznych:

  • kolejka Bandra-Mahalaxmi: 5 Rs./os.
  • Dhobi ghat: bezpłatnie
  • National Museum of Indian Cinema: 500 Rs./os.
  • kolejka Grant Road-Bandra: 10 Rs./os.



Kamala Nehru Park.

Jedno z wejść na teren parko-cmentarza. Nawet tu kopią...


Na całym Wzgórzu Malabarskim co chwilę pięknie widać panoramę.


Barierka edukacyjna. 😍


Widok na plażę Chowpatty z Kamala Nehru Park.



20 minut i już jesteśmy na plaży.



W karcioszki można grać zawsze i wszędzie!









Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu