Happy Holi!!!
Kilka miesięcy w Indiach oznacza możliwość przeżycia wielu lokalnych świąt. Moim absolutnie ulubionym jest Holi, czyli coś na kształt naszej Wielkanocy połączonej z pierwszym dniem wiosny. Obchody trwają parę dni, jednak to główny dzień jest najbardziej spektakularny i kolorowy. Według Google'a w tym roku wypadał 8 marca i to wtedy mieliśmy wraz z całym miastem obrzucać się kolorowymi proszkami oraz życzyć sobie wesołego Holi.
Zatem dzień wcześniej poszłam do sklepu. 8. marca wszystko byłoby pozamykane, więc trzeba było zrobić zapasy. Minęła mnie rodzina na skuterze, podejrzanie kolorowa na twarzach... No ok, może byli na jakiejś imprezie i zaczęli sobie świętować wcześniej. Nic to, szłam dalej. Potem minęły mnie kolejne dwa skutery - pasażerowie byli jeszcze bardziej umazani kolorowymi proszkami niż poprzednia rodzina. Na tym etapie coś mi się przestało zgadzać, no ale bez sensu wracać do domu - trzeba zrobić zakupy i po powrocie się sprawdzi. Jednak gdy minęło mnie jeszcze ze 20 kolorowych osób z okrzykami Happy Holi, to już wiedziałam, że Udaipur zaczyna świętować wcześniej... Oczywiście sklep był zamknięty na 4 spusty. Wszystkie mijane knajpy pozamykane. Znalazłam tylko mały sklepik osiedlowy schowany gdzieś między budynkami, który akurat niedługo się zamykał... Szczęście w nieszczęściu, że chociaż sok, jajka i mleko upolowałam. Pan właściciel przy okazji wyjaśnił mi, że no tak, niby Holi 8 marca, ale w królewskim Udaipurze celebracja trwa 2 dni i zaczęła się rano... 😅 Do tej pory nie wiem, jakim cudem wróciłam do domu czysta. Na oko z 60 razy powinnam oberwać od kogoś proszkiem.
Tego dnia planowaliśmy pojechać na wzgórze nad jeziorem Pichola, żeby podziwiać panoramę miasta. Kolorowe proszki przewidziane były na następny dzień. Nie mogliśmy jednak złapać żadnej rikszy, więc ostatecznie odpuściliśmy i poszliśmy sobie po prostu w stronę głównej świątyni. Skoro Udaipur świętuje już 7., to możemy zacząć się wcześniej bawić także i my. To była najlepsza możliwa decyzja, bo 8.03 było już po zawodach. 😂
Przez prawie całą trasę do Jagdish Temple byliśmy czyści. Jakoś Indusi powstrzymywali się przed wciągnięciem nas w celebrację. Aż na ostatniej prostej ktoś przypuścił niespodziewany atak na Niemęża. Motocyklista sypnął mu z partyzanta od tyłu. Niemąż zrobił się czerwony (na włosach), a ja mokra, bo oberwałam z pistoletu na wodę od jakiegoś dzieciaka. Gdyby wyciąć kolorowe proszki, to Holi jest niczym nasz Śmigus-Dyngus. Plastikowe pistolety, balony wypełnione wodą i dużo śmiechu (zwłaszcza dzieci). Do świątyni dotarliśmy już trochę mokrzy i dość kolorowi. Na placu jednak kolejni świętujący dokończyli dzieła. Nie wiem, kto miał większą radochę - oni czy my. Jest coś takiego w Indusach, że kiedy turysta chce razem z nimi przeżywać święta, seanse kinowe czy co tam jeszcze, to oni są tak autentycznie szczęśliwi i radośni z tego powodu. Na ulicach wszyscy nam machali, życzyli radosnego święta i uśmiechali się do nas pełną gębą. Holi to jeden z najradośniejszych dni roku także dla nas.
Na Jagdish Temple kurs obraliśmy z jeszcze jednego powodu. Hussain (nasz gospodarz) twierdził, że pod świątynią na pewno dostaniemy bhang lassi, czyli lassi z haszyszem. Normalnie nie można go dostać ot tak, jednak właśnie w trakcie Holi bhang leje się strumieniami. To był najważniejszy punkt na indyjskiej bucket list Niemęża. 😅 Stoisko było niepozorne. Nieświadomy tej tradycji turysta przeszedłby obok i nawet nie zauważył niczego podejrzanego. Ale turysta ją znający wiedział, że to najbardziej oblegane w czasie Holi stoisko na bank sprzedaje bhang. Bingo! Niemąż był zadowolony, ja trochę mniej - kojarzyłam z Holi bhang jako napój. Tutaj jednak oferowali po prostu (mega ostre) przekąski z haszyszem oraz bardzo gęsty jogurt, który było trzeba jeść łyżeczką, a nie pić.
Jak to w takich okolicznościach bywa, przy bhangu od razu zawarliśmy nowe przyjaźnie. W tym z dwoma chłopakami, którzy weszli na temat wojny w Ukrainie. Po doświadczeniach z lekarzem już domyślaliśmy się, co prawdopodobnie usłyszymy. I nie myliliśmy się. Chłopaki byli pod wrażeniem Putina jako silnego macho... Niemąż w takich sytuacjach zawsze po prostu się wyłącza z rozmowy, bo szkoda mu energii. Moje wewnętrzne poczucie sprawiedliwości społecznej jednak kazało mi brnąć w tę rozmowę dalej. Nie przekonałam ich na pewno, że to Rosja jest tym złym w konflikcie z Ukrainą. Udowodniłam im jednak, że Putin wcale nie jest takim superbohaterem, za jakiego go mieli. Może z czasem zmienią zdanie i na temat roli samej Rosji.
Po powrocie do domu Niemąż przez 2 godziny ciągle powtarzał, że ten bhang to lipa, że wcale na niego nie działał i w ogóle inaczej to sobie wyobrażał. Cóż... Powiem tak - może P nie zauważył, ale działał. Zdecydowanie działał, a humorek dopisywał. 😅 Choć na szczęście nie jakoś ekstremalnie mocno. Dawki są pewnie dostosowywane do przeciętnego Indusa, który jednak jest mniej odporny na takie substancje niż rosły Polak. Poza tym... to się (pi-)je przez prawie cały dzień, więc wiadomo, że nie można dorzucać końskich dawek. Nikt nie chciałby, aby całe Indie miały tego dnia ostrą fazę. 😂
![]() |
| Dużo czasu minęło, nim ktoś się odważył. |
![]() |
| Ale jak już zobaczyli, że bawimy się z nimi... Zero litości! 😂 |
![]() |
| Szczęśliwi kolorowi ludzie! |
![]() |
![]() |
| Panie władzo, hasz? Jaki hasz? Przecież to tylko zwykłe przekąski. 😂 |
![]() |
| Jeszcze przed głównym dniem Holi przygotowywana była tzw. Holika. U nas topi się marzannę, a w Indiach ją pali. |


















Komentarze
Prześlij komentarz