Telefon do przyjaciela

Czyli wcale nie taka krótka historia o zdobywaniu indyjskiej karty sim. Karty, której będzie potrzebować absolutnie każdy, kto zapragnie kupić bilet na autobus do innego miasta. Albo zamówić Olę (indyjskiego Ubera). Albo skorzystać z wifi w kawiarni czy na lotnisku - tak, do skorzystania z darmowego wifi też jest potrzebny indyjski numer!

Prolog
Lądujemy w Kalkucie w środku nocy. Kantora brak. Jedyny bankomat nie działa. O stoisku z kartami sim możemy pomarzyć... To nie IGA w Delhi czy Chhatrapathi Shivaji w Mumbaju. Trudno, załatwimy kiedy indziej na mieście.

Akt 1
Poniedziałek

Internety twierdzą, że najlepszą sieć w całych Indiach mają Jio oraz Airtel. W grę wchodzi jeszcze Vodafone, ale podobno gorzej sobie radzi na południu kraju, więc to plan B. Sprawdzam jeszcze dostępne pakiety na stronach operatorów i zdecydowanie wygrywa Jio - tanio i dużo, czyli tak jak lubimy. 😆
Idę zatem po południu do najbliższego salonu. Tylko 2,5 kilometra, ale kto by tam liczył?
Niestety, moje nadzieje na szybkie załatwienie sprawy pryskają - panowie najpierw uważnie przyglądają się mojemu paszportowi, po czym twardo stwierdzają, że w Jio się nie da. I mam sobie iść do konkurencji - Airtela albo Vodafone. 😅 Upewniam się jeszcze, czy w tych punktach na pewno będą obsługiwać obcokrajowców. Yes, yes. Zastanawia mnie, czemu nie dodali standardowego my friend. No ok, idę.

W pobliskim Airtelu znów pracownicy oglądają sobie mój paszport i dywagują, co z tym fantem zrobić. W końcu stwierdzają, że spoko - da się. Uffff! Ulga nie trwa jednak długo. Paszport i wiza to za mało. Muszę przyprowadzić jeszcze ze sobą znajomego Indusa, który dostanie na swój telefon kod OTP potrzebny do aktywacji mojego numeru. A tak właściwie to powinnam przyprowadzić dwóch Indusów... Witki mi opadły, cycki mi opadły, wszystko mi opadło. Próbuję negocjować, że przecież to nie jest potrzebne w przypadku zagranicznych turystów, że skąd ja teraz wykombinuję dwóch Indusów. Pracownicy są jednak nieprzejednani, więc wychodzę. Jest już późno, inne punkty są daleko, więc wracam do Niemęża.

Wieczorem sprawdzam w internecie, jak to faktycznie jest w przypadku obcokrajowców. Oczywiście, oficjalne strony operatorów nie przywiązują dużej (a nawet żadnej) wagi do biednych turystów, którzy chcą sobie pokorzystać z internetu. Mnóstwo jest za to komentarzy na forach itp., że da się kupić sim na lotnisku (za późno!), a nawet w małych straganach oferujących karty różnych operatorów - polecane jest zwłaszcza Jio. I zagraniczniacy podobno nie potrzebują żadnego friend with a local Indian number - wystarczają skany paszportu i wizy. No dobrze, następnego dnia będę się wykłócać, że się da.  

Akt 2
Wtorek

Do Jio z poprzedniego dnia nie idę - skoro panowie nie chcieli mi pomóc wtedy, to dzisiaj też nie będą do tego skorzy. Na mapie mam pozaznaczane wszystkie Airtele, Jio i Vodafone w promieniu paru kilometrów. Jeśli będzie trzeba - zajdę do wszystkich. Bez dwóch znajomych Indusów. 

Wg Google'a powinniśmy mieć Airtela blisko domu. Okazuje się, że faktycznie istnieje. I jest małą budką zaciągniętą łańcuchem z kłódką, która już dawno powinna przejść na emeryturę. Albo trafić do kłódkowego raju. Po co przejść 700 metrów, skoro można 3 kilometry? Idę zatem dalej. 😅 

Kolejny Airtel na szczęście jest otwarty. Choć wg Google'a powinien znajdować się 100 metrów dalej, więc może ten mój jednak też był zamknięty? Niestety, tutaj także nie mam szczęścia. Wszyscy pracownicy uważnie patrzą w swoje telefony i skutecznie udają, że wcale mnie tam nie ma. Po chwili poznaję powód - nikt nie mówi wystarczająco dobrze po angielsku... W praktyce mnie wypraszają po bengalsku. Kolejny raz mnie ktoś zbywa...
W kolejnym Airtelu już mówią po angielsku, ale po raz kolejny słyszę, że mam przyprowadzić dwóch znajomych Indusów... Nie ma przebacz, bez znajomości nie przejdzie. A może tak pracownicy będą moimi znajomymi? Mój przebiegły plan nie wypala. 😓
Salon Vodafone nie istnieje tam, gdzie miał istnieć (ani w promieniu 100 metrów).
Pokonana tuptam do domu.

W akcie desperacji idę jeszcze na sąsiedni dworzec. W końcu w Indiach na dworcu można znaleźć wszystko, więc czemu nie miałabym tam znaleźć kart sim? I faktycznie jest tam budka z akcesoriami do telefonów oraz kartami Jio... Postanawiam zgrywać głupa i udawać, że nie wiem, że Jio nie daje turystom. Może się uda? (Nadzieja wiecznie żywa!) No i faktycznie sprzedawca próbuje coś tam załatwić - dzwoni do (chyba) szefa. Daje mi nawet telefon, żeby porozmawiała z owym chyba szefem. Potem z kolejnym człowiekiem. Zważywszy na otaczający nas hałas, słyszę może co 3. słowo. Ostatecznie człowiek każe mi czekać - przyjdzie za parę minut. Zjawia się po 10. Tłumaczy mi, że tutaj nie dam rady wyrobić numeru, ale wystarczy, że pojadę do oficjalnego centrum obsługi klienta Jio. Podaje mi adres, nawet zaznacza na mapach Google'a. W innych salonach sprzedaży się nie da, ale w tym jednym centrum będzie ok. Obiecuje, że tam 2 Indusów mi niepotrzebnych.

Biorę taksówkę i jadę tam, gdzie podobno ma być salon Jio. Czeka mnie jednak niemiła niespodzianka. Zamiast centrum obsługi klienta Jio widzę szyld... sklepu z materacami! Strażnik mówi mi, że faktycznie kiedyś tu byli, ale się wynieśli już dawno temu. Nie zna jednak nowego adresu. Po drugiej stronie ulicy dostrzegam jednak normalny salon Jio - co mi szkodzi spróbować, skoro już tu jestem? Efekt jak wcześniej - Jio nie daje turystom, nie ma co próbować w ŻADNYM ich punkcie.

Idę dalej w kierunku pobliskiego centrum handlowego. Tam na pewno będzie stoisko jakiegoś operatora, przecież to duże centrum handlowe. Niech będzie nawet i Vodafone. Nie ma żadnego. 😓 Na mojej drodze wyrasta za to jeszcze jeden salon Airtela. Wchodzę i przedstawiam swoją standardową gadkę, że chcę numer i takie tam. Konsultant zyskuje mój szacunek, bo najpierw za pomocą swojej karty sprawdza, czy ich simy na pewno zadziałają na moim telefonie. Gdyby nie działały, to nie ma sensu w ogóle rozmawiać o prepaidzie. Wszystko działa poprawnie, więc przechodzimy do biurokracji, a konkretnie - fragmentu o znajomych Indusach. Wyłuszczam już prawie ze łzami w oczach, że takich nie mam. A numeru telefonu potrzebuję, żeby jakkolwiek funkcjonować w tym kraju. Pan ma dobre serduszko i się w końcu łamie - potrzebuję już tylko 1 Indusa (ach te moje zdolności negocjacyjne). Sprawdzi z kierownikiem, czy mogę ten nieszczęsny kod weryfikacyjny dostać od kogoś na Whatsappie, żeby nie fatygować ludzi do salonu. Lipa! Kierownika nie wzrusza moja sytuacja (konsultant najwyraźniej nie potrafił się zmusić do łez podczas rozmowy), w dodatku wracamy do 2 Indusów w salonie.
Wracam do domu i sięgam po broń ostateczną - piszę do cioci Suparny (czyli naszej gospodyni), czy będzie tak miła i nam pomoże. 

Akt 3
Środa

Z rana zahaczam jeszcze o kilka punktów ksero. O 9:30 wszystkie pobliskie są pozabijane dechami (albo w ogóle nie istnieją)... Dopiero w piątym punkcie mam szczęście i jestem w stanie zrobić kserokopie paszportu oraz wizy. 

Niemąż zostaje pracować, a ja przed południem ruszam razem z ciocią i wujkiem do Airtela. Jako że nie są z tych chodzących 3 kilometry dla sportu, to zamawiają taksówkę. W dodatku próbują za nią zapłacić, ale na szczęście jestem szybsza - jeszcze tego brakuje, żeby za taksówkę płacili!

Wysiadamy pod tym samym Airtelem, w którym mnie próbowali zbyć, jak tylko weszłam do środka. Tym razem jestem z dwoma znajomymi Indusami, więc mnie tak łatwo się nie pozbędą. W dodatku mówią oni po bengalsku, więc nikt się nie wykręci brakiem znajomości języka. Makao i po makale! 
Siadamy na pufach i czekamy na swoją kolej. Pracownikom schodzi się długo, chyba celowo wydłużają rozmowy z klientami. W końcu się udaje i załatwiają naszą sprawę. Ciocia opier... po bengalsku pracowników, że nie chcieli mi pomóc i na czym w ogóle ten świat stoi. I że są nieukami, bo sprawdziła, że jako zagraniczniak nie potrzebuję wcale znajomych. Bengalskiego nie znam, ale jakoś jednak rozumiem, co mówi. 😅 Pracownik Airtela w końcu robi mi zdjęcie na tle ściany, która lata świetności (aka ostatnie malowanie) ma już dawno za sobą. Jeszcze tylko zdjęcie paszportu, wizy i wypełnienie kilku formatek. Co ciekawe - większy problem stanowiło dla konsultanta moje nazwisko niż imię ojca - Tadeusz. A wydawałoby się, że to "sz" będzie generować problemy mimo literowania. Co ciekawe - nie dostaję nawet żadnej umowy do podpisania! Najwyraźniej wystarcza, że na telefon cioci dociera kod OTP, a jako numer dodatkowy jest podany telefon wujka. Komu potrzebny jakiś podpis?
Płacę 
299 Rs. za doładowanie na miesiąc i 20 Rs. opłaty za nie wiem co (aktywację sim? usługę konsultanta?), po czym dostaję smsa, że numer jest już aktywny. Euforia sięga zenitu. Ciocia mówi, żeby nie ufać Airtelowi i wszystko sprawdzić. Faktycznie, mogę dzwonić, ale nie działa internet. Mądra kobieta! 😂 Mój telefon przechodzi przez ręce 3 konsultantów, ale w końcu wszystko zaczyna śmigać.

Czas pobytu w salonie: 2 godziny... 

Epilog
Telefon działa. Internet śmiga. Płaczę z ulgi i radości. Kochamy naszą indyjską ciocię. (Kurtyna.)

Jest! Mój Ci on! 💟


Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu