Co cechuje plany układane przez turystycznego faszystę? Wczesne wstawanie! Nie ma czasu na sen, trzeba zwiedzać! O 7 rano mieliśmy pociąg w kierunku Hampi. A konkretnie do Hosapete (Hospet), bo do samego Hampi byśmy koleją nie dojechali. W Hospet jednak miały czekać na nas załatwione przez hotel riksze, które zawiozą nas prosto do naszego noclegu. Zostało zatem tylko załatwienie porannego transportu na dworzec w Margao. Gdybyśmy byli z Niemężem sami, to po prostu byśmy wyszli trochę wcześniej z hotelu i złapali coś na ulicy. Jednak nie chcieliśmy dokładać Teściom niepotrzebnych niedogodności, więc załatwiliśmy transport przez Minria GH. Chyba nigdy jeszcze nie zapłaciłam takiego turystycznego frycowego. 😂 Za 5-6 kilometrów zapłaciliśmy 600 Rs. Czyli więcej niż za 20 km Olą w Kalkucie. Najwyraźniej Goa próbuje sobie odbić lata pandemii.
W dodatku właściciel hotelu stwierdził, że powinniśmy wyjechać minimum godzinę przed odjazdem. Kłóciłam się z nim, że przecież dojedziemy tam w kwadrans, ale twardo twierdził, że korki i takie tam. Dla świętego spokoju odpuściłam - wyjechaliśmy godzinę wcześniej. I co? I dotarliśmy na dworzec w 15 minut... 1:0 dla Nieżony! 😅
Podczas planowania zależało mi na tym konkretnym pociągu, ponieważ jego trasa prowadzi przez wodospad Dudh Sagar! W trakcie jazdy po jednej i drugiej stronie pociągu widać spływającą z góry/w dół wodę. Za pierwszym razem zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jak się okazało, nad wodospad jednak zdecydowanie trzeba wybrać się w trakcie monsunu lub tuż po. My byliśmy nad nim zdecydowanie zbyt późno, aby robił takie wrażenie jak w pierwszych dniach jesieni 3 lata temu. (Choć i tak było warto wstać o 5!)
 |
Chociaż wschód sobie zobaczyliśmy z koczującymi na parkingu Indusami. Może im też powiedzieli, że mają godzinę wcześniej wyjechać.
|
 |
"Wars" chodzi z samoskami. Dostaliśmy jedną partię do popilnowania. 😂
|
 |
Jedziemy po tanioszce sleeperem. Czyli nie ma szyb w oknach, ale są pręty, przez które wiatr hula.
|
 |
"Nasz" wodospad. I tory, po których będziemy jechać.
|
 |
A tak prezentował się 3 lata temu - miesiąc po zakończeniu monsunu.
|
Po wyjściu z dworca w Hosapete bardzo, ale to BARDZO pozytywnie zaskoczył nas hotel, bo... rikszarze już na nas czekali! Standardem w Indiach była dla mnie jednak odwrotna sytuacja - zwykle po wysiadce trzeba było skontaktować się z hotelem i przypomnieć, że hej! ktoś miał przyjechać. Wtedy wysyłali człowieka. A tu proszę - wszystko poszło gładko. No, powiedzmy. Jechaliśmy na dwie riksze - Teściowie w jednej, ja z Niemężem w drugiej. Już w Hampi rikszarz Teściów zawrócił przy bramie wjazdowej do centrum i pojechał hen dalej. Nasz rikszarz miał chyba lepsze znajomości, bo nas przez bramę przepuszczono. Jak to jednak stwierdziła Teściowa - normalnie by panikowała, że ich gdzieś porywają, ale że ja wszystko załatwiłam z hotelem, to jechali spokojnie i podziwiali widoki. Do hotelu dotarli ponad kwadrans po nas, więc najwyraźniej rikszarz im zafundował zmotoryzowane zwiedzanie całego miasta. 😅
Choć mój wewnętrzny turystyczny faszysta płakał, to tego dnia już nic więcej nie robiliśmy. Odkrywanie Hampi rozpoczęliśmy dnia następnego. Na pierwszy rzut poszła świątynia, którą mieliśmy po sąsiedzku - Virupaksha Temple. W teorii mogliśmy już do niej nie iść, bo fantastycznie widzieliśmy całą z dachu hotelu. (W tym poranne wyprowadzanie na spacer świątynnych słoni.) Jednak głupio tak nie pójść do największej czynnej świątyni w mieście, kiedy ma się ją na wyciągnięcie ręki. 😂
 |
Świątynny słoń. Do zdjęć zawsze pozował tylko jeden, ale na terenie mieli kilka. Pewnie pracowały zmianowo.
|
 |
Małpia joga?
|
 |
W Hampi małpy są wszędzie. Jest ich co najmniej tyle, ilu mieszkańców i turystów razem.
|
Ze świątyni skierowaliśmy swoje kroki w stronę rzeki. Nad rzeką zawsze coś ciekawego się dzieje! Hampi leży nad Tungabhadrą. Tutaj płynie sobie leniwie, w większości miejsc jest max do kolan, więc na upartego można przejść na drugą stronę na nogach. Co ciekawe - po rzece kursuje prom. Rusza, gdy zbierze się odpowiednio wielu chętnych. 😅 Przez prawie godzinę, którą spędziliśmy nad wodą, nie widzieliśmy ani jednego kursu. Za to mogliśmy się przyglądać codziennemu życiu mieszkańców - nad rzekę przychodzi się kąpać, prać, plotkować i modlić!
20 kilometrów od Hampi znajduje się Tungabhadra Dam. Z Teściami tam nie jechaliśmy, bo tutaj mieliśmy skupiać się głównie na przyrodzie Hampi, jednak gdyby ktoś nocował w Hospet, to polecam udać się na tamę. Na niej najlepiej widać, że Tungabhadra wbrew pozorom ma moc. Przy zaporze znajduje sie także park, w którym można miło spędzić popołudnie.
 |
Zostałam zdybana przez studentów. Tzn. przez studentki, nawet nie wiedziałam, że koledzy też dołączyli. 😂
|







 |
| |
Po krótkiej przerwie (= szybkim orzeźwieniu przy zimnym pićku) poszliśmy na skałki! Pal sześć świątynie, ruiny pałaców itp. - największe wrażenie w Hampi robią zwały głazów różnorakiej wielkości. Jako że Teściowie najbardziej lubią podczas podróży podziwianie przyrody, to Hampi okazało się strzałem w dziesiątkę. Najłatwiej zacząć dzikie harce od przejścia Hampi Bazaar Street w odwrotną stronę niż do świątyni Virupaksha. A potem wspinać się po skałach zgodnie z własną fantazją. Jest kilka wytyczonych ścieżek, jednak nie trzeba koniecznie się ich trzymać, bo po głazach można spokojnie chodzić. Na tym terenie znajduje się także sporo mniejszych i większych kaplic, do których również warto zajrzeć. Do takiego trekkingu przydadzą się jednak buty dobrze trzymające się stopy - czasem trzeba skakać z kamienia na kamień. Niemąż dawał radę w japonkach, ale radziłabym nie brać z niego przykładu. 😅 Za to nie musi to być żadne specjalistyczne obuwie - wystarczą zwykłe sandały, jeśli mają odpowiednio dużo pasków i w miarę sensowną podeszwę.
Po bieganiu po głazach zeszliśmy znów do rzeki, aby zrealizować kolejny punkt z naszej listy, tj. przepłynąć się w tzw. coracle, czyli okrągłych plecionych łodziach. Co prawda znów zapłaciliśmy za tę przyjemność turystyczne frycowe, ale przynajmniej mieliśmy całą łódź dla siebie. W sąsiednich Indusi byli poupychani jak sardynki, a my się mogliśmy nawet wygodnie położyć. Cały rejs trwał może z pół godzinki, ale warto było. Zwłaszcza że przy punkcie coracli zobaczyliśmy krokodyla, więc był to rejs wzbogacony o dreszczyk emocji, czy krokodyl nas zje. 😅
Garść informacji praktycznych:
- taxi z Minria GH do Madgaon Station: 600 Rs./kurs (czymś w stylu vana, więc chociaż bagaż się spokojnie zmieścił)
- pociąg Madgaon-Hosapete: 250 Rs./os. za klasę sleeper
- riksza z dworca Hosapete do Hampi: 300 Rs./kurs riksza
- nocleg w Gopi GH: 2500 Rs./noc za pokój z klimatyzacją, w Hampi da się taniej na obrzeżach miasta (albo w tzw. New Hampi), można też spać tanio w Hosapete i podskoczyć do Hampi na dzień, ale nam zależało na dobrej lokalizacji blisko rzeki i z internetem - Gopi był idealnym adresem
- Virupaksha Temple: 25 Rs./os. plus 50 Rs. za aparat
- coracle ride: 500 Rs./os.
 |
Nawet posterunek policji (turystycznej) jest w klimacie. Choć mogliby sobie zrobić tablicę po angielsku...
|
 |
I po dekoracji. A to małpa! 😂
|
 |
Kto dostrzegł krokodyla?
|
 |
Główna atrakcja - wpłynięcie w niską jaskinię. Wszyscy muszą poskładać się jak scyzoryk.
|
 |
"Port".
|
Komentarze
Prześlij komentarz