Goa welcome to!
W Sopocie już byliśmy, więc teraz czas na Chałupu! Chociaż pewnie raczej powinnam powiedzieć, że raczej na Pomorze, bo Goa to nie miasto, a cały stan (choć malutki). Pożegnaliśmy kalkucką ciocię, wsiedliśmy w samolot i pomknęliśmy spotkać się z Teściami. Przylecieli wcześniej Lotem do Delhi, jednak na lotnisku w Goa mieli być chwilę po nas. Plan był taki, że spotykamy się na lotnisku już za taśmami bagażowymi i celnikami. Lądowaliśmy godzinę przed nimi, więc Niemąż wygodnie się rozsiadł na ławce w hali przylotów i rozpoczął relaks przy kompie. Przecież jak wyjdą, to nas sami znajdą, nie ma sensu ich wypatrywać, to małe lotnisko. Taa... Dobrze, że go przymusiłam do monitorowania obu wyjść, bo Teściowie jak gdyby nigdy nic przebiegli przez całą halę przylotów i wyszli na zewnątrz. Byśmy sobie poczekali. 😂
Niestety, pod lotniskiem nie udało nam się zamówić Oli - nie działa tutaj. Lokalny odpowiednik wymagał uwierzytelnienia zamówienia nie tylko smsem, ale też kartą kredytową, więc została nam ostatnia opcja - prepaid taxi... Ola byłaby 2 razy tańsza, ale co zrobić. Opłaciliśmy kurs, wzięliśmy karteczkę z potwierdzeniem i poszliśmy szukać kierowcy. Kiedy zobaczył, ile mamy bagażu, to... powiedział, że nie pojedzie! 😅 Na szczęście skombinował nam kolegę z większym bagażnikiem, choć czekaliśmy na niego z 10-15 minut, zastanawiając się, czy właśnie utopiliśmy 1300 rupii.
Na ten dzień mieliśmy przewidziany jedynie check-in w hotelu i kolację na plaży. Prawdziwe zwiedzanie zacznie się następnego dnia.
![]() |
| Takie mieliśmy widoczki z hotelu. |
Po złowieniu śniadania i kawy (Hari's German Bakery - polecamy) wsiedliśmy na skutery i ruszyliśmy w stronę... Zgadza się, stacji benzynowej. Choć skutery dostaliśmy od znajomego właściciela hotelu z dostawą pod drzwi, to standardowo baki były prawie puste. 😅 Pierwszy dzień miał upłynąć w klimacie portugalskim. Dlatego zaczęliśmy od Old Goa, czyli starych portugalskich kościołów z XVI i XVII wieku. Główna atrakcja, czyli Bazylika Bom Jesus, była akurat zamknięta - przygotowywano jakąś imprezę. Pokręciliśmy się za to po terenie Se Cathedral i St. Augustine Tower - wieży kościoła momentalnie kojarzącego się z tym w Trzęsaczu. W skrócie - ładna sterta ładnego gruzu, do której udało mi się w końcu dotrzeć po 15 latach. Ale to wcale nie jest tak, że Stare Goa znalazło się w programie zwiedzania tylko dlatego, że wcześniej zawsze coś stawało mi na przeszkodzie, a chciałam nadrobić podróżnicze braki. 😂
![]() |
| Bom Jesus imprezuje. |
![]() |
| Próba selfie przed ujęciem z Teściami. 😂 |
Na koniec dnia pojechaliśmy jeszcze do Panaji. Pierwszy punkt programu - dzielnica Fontainhas, w której można zobaczyć dawne portugalskie zabudowania. Niby w Europie mamy takich sporo, ale w skali całych Indii to jednak ewenement. Głównymi kolonizatorami byli Brytyjczykami, ale historia tutejszego handlu zamorskiego oprócz Portugalczyków obejmuje jeszcze też Holendrów i Francuzów. Choć niestety mimo większego szacunku do tubylców ich kolonie były mniejsze od brytyjskich.
Panaji bezczelnie wykorzystaliśmy w jeszcze jednym celu - zakupowym! Niemąż potrzebował walizki, a Teściowa - ubrań, bo przyjechała z pustym bagażem, żeby się obkupić tutaj. A gdzie najlepiej udać się na shopping w absolutnie każdym mieście na świecie? Pod główną świątynię! 😂 Czyli w tym przypadku akurat pod Immaculate Conception Church. Po (prawie) godzinnych zakupach udaliśmy się do drugiej mekki zakupoholików w Panaji - 18th June Road. W jednej z bocznych uliczek (chyba tej przy kinie Samrat) zadziała się magia. Weszliśmy do sklepu, gdy jeszcze był dzień. Chwilę później wyszliśmy z niego i była już noc... Takie czary. 😅
Kolejne czary zadziały się podczas powrotu - jakoś było trzeba przewieźć z powrotem ogromną walizkę. Teściowe wzięli to zadanie na siebie jako bardziej doświadczeni w dalekich wojażach na motocyklach. Na przyszłość mam jednak protipa dla każdego, kto będzie chciał kupić walizkę - weźcie ze sobą sznurek! Dużo sznurka! Indusi potrafią na skuterze przewieźć wszystko - walizkę, szybę samochodową, drabinę, telewizor czy nawet trzy kozy. Jednak przeciętny Europejczyk ma w tej edukacji luki... Teściowie dali radę, ale myślę, że na długo zachowają to wspomnienie. Jeden plus, że choć na chwilę mogli poczuć się jak Indusi. W końcu sami wspominali, że chcieli lokalnych doznań. 😅
Kolejne czary zadziały się podczas powrotu - jakoś było trzeba przewieźć z powrotem ogromną walizkę. Teściowe wzięli to zadanie na siebie jako bardziej doświadczeni w dalekich wojażach na motocyklach. Na przyszłość mam jednak protipa dla każdego, kto będzie chciał kupić walizkę - weźcie ze sobą sznurek! Dużo sznurka! Indusi potrafią na skuterze przewieźć wszystko - walizkę, szybę samochodową, drabinę, telewizor czy nawet trzy kozy. Jednak przeciętny Europejczyk ma w tej edukacji luki... Teściowie dali radę, ale myślę, że na długo zachowają to wspomnienie. Jeden plus, że choć na chwilę mogli poczuć się jak Indusi. W końcu sami wspominali, że chcieli lokalnych doznań. 😅
Garść informacji praktycznych:
- Ola z Ballygunge na lotnisko CCU: 580 Rs./kurs
- lot Kolkata-Goa linią Indigo (z przesiadką w Hyderabadzie): 800 zł/os. (w tym bagaż nadawany i konkretne miejsca)
- taxi z lotniska Dabolim do Benaulim: 1300 Rs./kurs
- nocleg w Minria GH: 1400 Rs./noc za pokój z klimą
- skutery: 500 Rs./dzień za skuter
- benzyna: 300 Rs./dzień na skuter
- Old Goa: wstęp bezpłatny.



























Komentarze
Prześlij komentarz