Z wizytą u Wielkiej Stopy (dosłownie)

Skoro Teściowie przyjechali, to oboje z Niemężem zrobiliśmy sobie urlop na czas ich pobytu. Niemąż liczył, że wypocznie, ale z turystycznym faszystą nie miał szans! Hahahaha! (Szyderczy śmiech.) Tzn. z 30% standardowego turystycznego faszysty, czyli w ciągu doby mógł się przynajmniej wyspać, napić z rodzicami i spokojnie zjeść 3 posiłki. Moja siostra wciąż nie może uwierzyć, że były nawet nielimitowane przerwy na siku! 

Po śniadaniu wskoczyliśmy znów na skutery. Zdecydowanie to najlepszy sposób podróżowania po Goa. Co prawda obecnie całe Indie to jeden wielki plac budowy, więc niektóre odcinki potrafiły być frustrujące, jednak zdecydowanie polecamy skuter wszystkim umiejącym jeździć. Pierwsza stacja: Big Foot Museum. Niby muzeum, ale bardziej park rozrywki poświęcony wiejskiemu życiu mieszkańców Goa. Zwłaszcza w czasach kolonializmu. Przy czym nie znajdziemy tu karuzel, rollercoasterów i innych takich. To taki indyjski park rozrywki dla lokalnych, więc są ładne zakątki, dziwne rzeźby itp. A dla Indusów była jeszcze dodatkowa atrakcja - 4 białych. Po ich reakcjach wnoszę, że spotkanie nas było niczym trafienie szóstki w totka. 😂
A o co chodzi z tą Wielką Stopą? A no jest tutaj, w specjalnej grocie. A konkretnie odcisk stopy świętego. Święty był wielki, więc i stopę miał wielką. Ot, cała tajemnica. 😇 

Teściom się tu spodobało, bo to kompletna abstrakcja i tak bardzo nie w naszej (polskiej/europejskiej) stylistyce. Początkowo myślałam, że przez to muzeum przelecimy w pół godziny, a żeśmy tam spędzili dobrze ponad godzinę! Przy wyjściu znajduje się sklepik z koszulkami, który ukradł nam co najmniej dodatkowy kwadrans. 





Czy możemy zatrzymać się przy tym zdjęciu na dłużej i docenić, jaką piękną koszulkę ma ten pan cykany z biodra? Allu Arjun 💘









A oto i (cykana z biodra) stopa. Tzn. Stopa!


Całe Goa nerkowcami stoi. Tutaj można się nimi nawet bawić!




Zaopatrzeni w koszulki wsiedliśmy na skutery i pomknęliśmy do drugiej atrakcji - Farmy Przypraw. Byłam już w niej wiele lat wcześniej i dobrze wspominałam tę wizytę, więc postanowiłam zaciągnąć też Teściów. Zwłaszcza że wizyta na farmie załatwia od razu sprawę obiadu - jest wliczony w cenę biletu. I jakoś tak magicznie wyszło, że choć chodziliśmy w grupie z przewodnikiem przez ponad pół godziny, to z Niemężem mamy z farmy 2 zdjęcia. Słownie: dwa. W tym jedno obiadu. 😅 Choć prawda jest też taka, że w dużej mierze przywieźlibyśmy po prostu fotki krzaków. Zdecydowanie lepiej tu zawitać w czasie monsunu, bo wiele roślin jest już w rozkwicie i faktycznie widać owe przyprawy. Natomiast nawet poza ścisłym sezonem wegetacyjnym warto tu zajrzeć - przewodnik ma w kieszeni przykładowe przyprawy, których nie da się jeszcze samemu zobaczyć na krzakach i drzewach. Zrywa też listki i robi zapachową zgadywankę, co to za przyprawa. My zdecydowanie ją oblaliśmy. 😂

Przyprawy (powiedzmy) zobaczone, obiad zjedzony, więc pojechaliśmy dalej. Kierunek: wzgórza wokół Pondy i rozsiane po nich świątynie. Wczoraj oglądaliśmy kościoły katolickie, więc czas zobaczyć też Goa w wydaniu hindu. Ambitny plan zakładał, że objedziemy kilka, w tym te położone wyżej w lasach, ale ciutkę późno się zrobiło. A że mieliśmy jeszcze spędzić popołudnie i wieczór na plaży Betalbatim, to trzeba było okroić liczbę świątyń, do których zawitamy. Padło zatem na Shree Mahalaxmi Saunsthan Bandora oraz Shree Shantadurga Mandir jako te najbardziej reprezentatywne. Po parokrotnym sprawdzaniu (czyli gubieniu trasy) dotarliśmy do świątyń. Szybka rundka po każdej i sru na skutery - żeby zdążyć jeszcze wrócić na plażę, zanim będzie golden hour. Teściowie mieli obiecane, że się popluskają i zjemy kolację na tle zachodzącego słońca.

Ile to już razy wspominałam, że Twój plan na Indie jest nieważny, bo Indie mają swój plan na Ciebie? Na pewno niewystarczająco. GPS przestał mówić do Niemęża parę razy. Zamiast sprawdzić wtedy drogę, to Niemąż ignorował ciszę, jadąc na azymut, bo przecież jakoś w końcu dojedzie. Jednak w Indiach na azymut bardzo często kończy się wyjazdem kompletnie w drugą stronę, bo drogi są kręte. Zatem zjeżdzaliśmy z ronda, aby po 25 minutach na nie wrócić. Parę razy. W taki oto sposób zamiast o 17:30, to na plaży wylądowaliśmy o 19. Pół godziny po zachodzie słońca. 😅

Garść informacji praktycznych:

  • Big Foot: 100 Rs./os. + 20 Rs. za aparat (też ten w telefonie)
  • Sahakari Spice Farm: 500 Rs./os. (w tym obiad w formie szwedzkiego stołu), można tu kupić też przyprawy z farmy, ale to droga impreza, o wiele taniej można znaleźć przyprawy dobrej jakości na mieście
  • świątynie w Pondzie: wstęp bezpłatny.

I po obiedzie!



Załóżmy, że znaleźliśmy je na Farmie Przypraw, a nie przed naszym hotelem. 😅









Skoro święta świątynia, to i święte krowy!


W Indiach lubią dmuchane zabawki... Nawet bardzo lubią.




Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu