Nieśmiały tygrys i Wujcio Gaduła
Skoro jesteśmy w Bangalu Zachodnim, to koniecznie trzeba odwiedzić tygrysa bengalskiego! 😁 Naturalnym miejscem występowania tego kociaka są Sundarbany, czyli ogromne lasy namorzynowe rozciągające się na terenie Zachodniego Bengalu oraz Bangladeszu, Jako że jesteśmy w Indiach, to oczywiście wybraliśmy się do tego na południe od Kalkuty. (Choć wizja odwiedzenia Bangladeszu była kusząca.)
Po weryfikacji opinii, jakości i cen wybraliśmy ofertę Sundarban Eco Tourism. Wcale nie chodziło o to, że byli najtańsi! 😂 A tak na poważnie - właśnie o to chodziło. Połowa firm nie odpisała mi w ogóle - najwyraźniej pandemia zebrała swoje żniwa. Inni za 2-dniowe pływanie łódką chcieli minimum 10 tysięcy rupii od osoby. A to wcale nie były rekordowe ceny. O najwyższych aż strach wspominać... Troszeczkę się obawialiśmy, że to jakiś przekręt, ale SET ma w necie dużo dobrych opinii. A i też nie potrzebowaliśmy jakichś specjalnych luksusów. No i faktycznie luksusów nie było, ale traum żadnych też nie przeżyliśmy. No, prawie.
W Kalkucie SET odbiera zainteresowanych z dwóch punktów - ścisłego centrum (tj. spod Muzeum Narodowego) oraz obrzeży (Chandra Garden). Jako że do każdego mieliśmy tak samo daleko, to wybraliśmy drugi punkt. Zawsze to pół godziny snu więcej. I wiecznie żywa nadzieja, że autobus przyjedzie na tyle pusty, żebyśmy łatwo znaleźli miejsce i nie musieli stać przez 3 godziny. 😅 Na szczęście przyjechał w połowie pusty, wszyscy chętni zajęli miejsca i odjechaliśmy. O czasie!!! Po 20 minutach kierowca odebrał z przydrożnego sklepiku zgrzewki wody, potem ktoś wsiadł z prowiantem dla nas. Pudełka obiecywały same słodkości, ale w środku jednak były ostre samosy i kanapeczki. W Indiach jest tak wielu wegetarian, że przynajmniej w kwestii jedzenia nie musieliśmy się obawiać, że dostaniemy mięcho, więc w ciemno braliśmy rozdawane zestawy. Nawet niezłe, ale część współpasażerów nie podzielała naszego gustu, bo swoimi samosami poczęstowała bezpańskie psy na pierwszym (i jedynym) postoju. Psom też nie smakowały...
Po prawie 3 godzinach dotarliśmy na miejsce. A właściwie do wioski, w której czekała na nas łódź. Jako jedyni dostaliśmy dedykowanego przewodnika. Nie był to chyba oficjalny przydział, ale jeden z pilotów po prostu postanowił się nami zaopiekować, bo jesteśmy biali, więc na pewno z nas sieroty życiowe. Jak się później okazało - raczej po prostu zakładał, że Europejczycy to łatwy łup i nie każemy mu zjeżdżać od razu, więc będzie miał do kogo gadać. A lubił pogadać... Nawet członkowie załogi nas czasem ratowali i mówili wujciowi, że ma nam dać spokojnie zjeść albo coś obejrzeć. I tak oto zamiast upolować tygrysa sami zostaliśmy upolowani. 😅
Łodzią płynęliśmy do naszego noclegu z godzinę, może dwie. Ciężko powiedzieć, bo jakoś na łodzi czas inaczej płynie. Zameldowaliśmy się w hotelu, rozpakowaliśmy i wykąpaliśmy. Po czym rozległo się pukanie do drzwi. Razem z recepcjonistą zjawił się Wujcio Gaduła. Coś im się pomyliło na recepcji i powinniśmy jednak dostać pokój w innym hotelu. Wujcio skwitował, że to będzie dobra zmiana - dostaniemy lepszy pokój, no i on w tym hotelu też mieszka... Najwyraźniej mamy inne pojmowanie dobrej zmiany. 😂 Wzięliśmy zatem rzeczy i pomknęliśmy do hotelu, który wyglądał tylko ciut lepiej, ale był dalej i mieszkał w nim również Wujcio Gaduła.
Wieczorem czekały nas jeszcze dwie atrakcje - rejs łodzią o zachodzie słońca oraz tańce ludowe. Jakoś tak wyszło, że w najlepszym miejscu na oglądanie zachodu byliśmy, gdy słońce już praktycznie zniknęło za horyzontem... O jakości tańców nie wspominam. Ja wiem, że ludowe nie mają aż tak wielkiego pola do popisu, bo fajerwerki i biedny rolnik na polu niewiele mają wspólnego. Jednak osobiście sama miałam z 5 pomysłów, jak mogliby to uatrakcyjnić. Niemąż był zadowolony, bo dostał kolację. 😅
Drugiego dnia mieliśmy w planach tropienie tygrysa! Łodzią! 🙈 Na początku zaliczyliśmy jakiś deptak nad namorzynami i wieżę obserwacyjną. Hitem wśród wycieczkowiczów były sarny zamknięte w zagrodzie. Potem szybki powrót na łódź i tropienie tygrysa. Nieśmiały był, bo ani razu go nie widzieliśmy, ani nie słyszeliśmy. Ewentualnie bał się, że Wujcio go zagada na śmierć, więc wiał, gdzie pieprz rośnie. Mądry tygrys! Też byśmy wiali, gdyby nie ograniczone możliwości na łodzi. Niemąż w akcie desperacji nawet położył się na podłodze i udawał, że śpi. 😅 Sam rejs wśród namorzynów był nawet ładny, choć w słońcu byłoby lepiej. Widzieliśmy też dwa krokodyle i mnóstwo ptaków. Niestety, mieliśmy pecha - prawie cały dzień padało. Choć w pewnym sensie mieliśmy też szczęście, bo tylko padało - nad Sundarbany nadciągał cyklon. I to taki porządny, bo dostał imię (Sitrang) i nawet parę gmin ewakuowali. Najwyraźniej jednak naszym organizatorom to nie przeszkadzało - nie ma to jak reakreacyjny rejs podczas cyklonu. Choć przy Wujciu Gadule żaden cyklon nie wydaje się już straszny. 😂
Garść informacji praktycznych:
- Sundarban 2D1N tour: 5300 Rs./os. za wycieczkę 2-dniową (1 noc w hotelu z klimatyzacją), w cenie: transport busem, łódź, bilet do Parku Narodowego dla cudzoziemców (Indusi płacili 800 Rs. mniej za pakiet), 3 posiłki dziennie (+ kawa z ciasteczkiem na podwieczorek) i występ tancerek ludowych.
![]() |
| Nawet stateczek mamy w kolorach indyjskiej flagi! 😍 |
![]() |
| Dobra, umówmy się, że tam jest tygrys. Tylko nieśmiały taki. |
![]() |
| Szczęścia do pogody nie mieliśmy... |
![]() |
| A co tam płynie przed nami? Oby był najedzony. 😅 |
![]() |
| Drzewo błaga o litość? |
![]() |
| A kto tu się wyleguje na brzegu? 😅 |
![]() |
| Jeszcze tylko 3 godzinki busikiem do Kalkuty, potem pół godziny Olą do cioci i jesteśmy w domu. |
![]() |
| Tego dnia chociaż zachód nam się ładny trafił. |





























Komentarze
Prześlij komentarz