Momosy dla pieska raz!

Nasza czerwona strzała.

Nadszedł dzień wyjazdu, zatem z rana poszliśmy po skuter. AR otwierał sie o 8, więc dotarliśmy o... 10. Mieliśmy tylko nadzieję, że skuter jeszcze będzie. 😅 Zakładaliśmy, że załatwimy papierologię w 5 minut i ruszymy w stronę Cherrapunji. A raczej stacji benzynowej, bo jakoś tak się dzieje, że wynajmowane skutery zawsze mają pusty bak.
W AR najpierw przez10 minut czekaliśmy na dodzwonienie się do właściciela skutera. Okazało się, że faktycznie jakiś skuter jest, ale nie w kanciapie, tylko po prostu stoi sobie nieoznaczony na ulicy. Wygląda na to, że mijani wcześniej mechanicy też jednak mogli świadczyć usługę wynajmu. Było trzeba zapytać (po indyjsku), a nie z góry zakładać (po europejsku), że oferowane usługi zawężają się tylko do tych pokazanych na szyldzie. 😂 

Kolejnym wyzwaniem były dokumenty. Mieliśmy nasze paszporty i prawo jazdy Niemęża. Jak się okazało - nawet nie było międzynarodowe, ale tylko polskie! 😅 W teorii nie powinniśmy w ogóle żadnego skutera dostać nigdzie w Azji... Jednak to nie prawo jazdy okazało się problemem, a brak indyjskiego dowodu osobistego! Powinniśmy zostawić jako zastaw właśnie ów Aadhar. 😅 Po kolejnych telefonach stanęło na tym, że możemy zostawić paszport Niemęża. Ten sam, który powinien zawsze przy sobie nosić, a już w szczególności podczas prowadzenia pojazdów... Indyjska logika. 🙈🧡 Zostawiliśmy zatem paszport P z nadzieją, że w ciągu 2 dni nikt nie zdąży go wykorzystać do wzięcia kredytu ani ucieczki na Kajmany.
Pomknęliśmy jeszcze na stację benzynową (wiadomo), a następnie wystrzeliliśmy podziwiać góry, wodospady, jaskinie i inne cuda.


Jeśli ktoś lubi naturę, to tutaj nie może się nudzić - piękny widok goni jeszcze piękniejszy widok. Meghalaya pod tym względem jest rajem dla miłośników spektakularnych panoram. Ze względu na taki potencjał na zwiedzanie tego regionu trzeba byłoby co najmniej roku. Jako że nasz czas był bardziej ograniczony, to wybraliśmy miejsca według nas najciekawsze. I też względnie łatwo dostępne. W teorii moglibyśmy zobaczyć jeszcze wyższe wodospady, jeszcze większe żywe mosty itd., ale oznaczałoby to np. poświęcenie połowy dnia na samą wędrówkę. Gdybyśmy mieli więcej czasu - czemu nie. (Już wiem, że nie, jednak nie, ale o powodach będzie później.) W naszym przypadku musieliśmy jednak lepiej wyważyć stosunek jakości i ilości. 


Pierwszy przystanek - Elephant Falls za Shillong, czyli piękny mleczny wodospad. A w praktyce raczej 3 wodospady. Niby to ciągle jeden i ten sam, ale na poszczególnych stopniach są osobne platformy widokowe, więc w praktyce wychodzą nam 3 wodospady. Co ciekawe, większość turystów zatrzymuje się na pierwszym i nie idzie dalej, a zdecydowanie warto dotrzeć do końca. (Choć drugi odcinek faktycznie niezbyt imponujący.) Na podziwianie wodospadu warto dać sobie co najmniej godzinę, bo troszkę tuptania w górę i w dół jest.






Kolejny punkt wycieczki - punkty widokowe wzdłuż szosy prowadzącej do Cherrapunji. Najbardziej znanym jest Mawkdok, ale... cała ta trasa to jeden wielki punkt widokowy. Nie trzeba wcale się zatrzymywać tylko w jednym miejscu. Zatem tak sobie jechaliśmy, zatrzymywaliśmy się, znów jechaliśmy, znów się zatrzymywaliśmy. I chłonęliśmy widok oceanu zieleni. Zdjęcia nie oddają piękna tego miejsca. Meghalaya to jedno z tych miejsc, w których człowiek zaczyna wierzyć, że kiedyś był tu Raj. Mnie podczas jazdy na skuterze kilka razy brały wzruszki, jak tu jest pięknie...












Trzeci przystanek - Wah-Kaba Falls. Znów tuptamy w dół i już czujemy się zmęczeni samą myślą powrotu po tych wszystkich schodach. Szczęśliwie w przypadku tego wodospadu nie musimy schodzić na sam dół - powrót oznaczałby pewnie półdniową wspinaczkę. Tzn. dalej znajdują się jeszcze jedne schody prowadzące gdzieś (lecz nie wiadomo gdzie), jednak nawet się do nich nie zbliżaliśmy. Dla dobra nas wszystkich załóżmy, że nie zeszliśmy na dół, bo nie da się zejść. I basta. Za to po wielu (na serio wielu!) schodach zatrzymaliśmy się na paru platformach widokowych, żeby podziwiać Wah-Kaba z wysokości. Przy jednej z nich odkryliśmy też ukrytego w zaroślach psiaka. Mała, jak to na porządnego psa przystało, postanowiła się przyłączyć do ludzkiej wycieczki i poszła z nami dalej - na skraj świata. Tzn. wodospadu. Tutaj dosłownie na wyciągnięcie ręki ma się uskok, przed którym leniwie płynie sobie strumyk, by zaraz przeistoczyć się w piękny wodospad. Niesamowite uczucie oglądać narodziny wodospadu. 😍

Psica nie opuszczała nas nawet na krok, więc miała przeze mnie obiecane, że za tak miłe towarzystwo dostanie kurczaka z knajpy na parkingu. Nie wiem, jak to działa, ale indyjskie psy rozumieją język polski. Jak tylko padła obietnica, to spojrzała na mnie nieufnie, a potem trzymała się nas aż do parkingu. No, poza 5-minutowym epizodem, gdy pobiegła do jakiejś obcej pary. Trzeba dywersyfikować portfel klientów i źródła zysku. 😂 Zanim jednak zdążyliśmy poczuć się urażeni, wróciła do nas i grzecznie towarzyszyła nam do skutera. Skoro słowo się rzekło, to trzeba iść do knajpy i załatwić kurczaka. Niemąż w tym czasie pilnował psa i się ze mnie nabijał. Miałam tylko nadzieję, że psica nie straci zainteresowania i nie wrócę z kawałem mięsa, z którym nie będzie co zrobić. Przecież sami nie zjemy! Najpierw jednak trzeba to mięcho załatwić, więc weszłam do małego baru i zaczęłam przeglądać menu. 

Znalazłam kotlet z kurczaka z ryżem. A można sam kotlet, bez ryżu? Okazało się, że nie można. Kotleta z ryżem też nie można. Ale kelnerka łamaną angielszczyzną zaproponowała mi veg maggi. A może po prostu samego kurczaka, bez niczego? Kelnerka wciąż twardo proponowała veg maggi - mam spróbować, smaczne! W końcu się złamałam i wyjaśniłam, że ja bym jednak jakiegoś kurczaka wolała, bo to dla pieska... Po 2 minutach potwierdzania, że faktycznie to dla psa (i dla którego - musiałam palcem pokazać) wreszcie zamówienie powędrowało do kuchni. Momosy z kurczakiem raz! Miałam nadzieję, że sunia nie tylko rozumie po polsku, ale i po polsku jada - w końcu momosy to pierogi. Ciekawa też jestem, co pomyślał kucharz, gdy dowiedział się, że gotuje dla psa. Szanuję jednak knajpę za to, że mnie nie wyrzucili ani nie wyśmiali. Co prawda momosy dostałam z sosem chilli, ale cóż... w końcu zapłacone. 😅 Byłam też niezłą atrakcją dla innych gości, którzy szybko dowiadywali się, że przyszłam po pierogi dla psa... Na szczęście po wyjściu z 6 gorącymi momoskami psiak nadal czekał grzecznie z Niemężem. Ona na serio rozumiała, że dostanie kurczaka. Co prawda poszatkowanego i w pierogu, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Ani psicy, ani jej kumplowi, który nagle znalazł się obok. I któremu udało się wyżebrać 2 momoski kompletnie za nic. Niektórzy umieją się w życiu ustawić. 😂

Znak czasów. 😆





A kto tu się bawi w chowanego?


Z daleka wodospad prezentuje się tak.


To tu rodzi się wodospad.


Ale obiecujesz? Będzie kurczak? Bez ściemy?





Na dobry obiad wege dla ludzi polecamy w tej okolicy Orange Roots Restaurant. Za wielki obiad z opcją nielimitowanych dokładek do thali zapłaciliśmy 400 Rs. (czyli trochę ponad 20 zł). Było smacznie i tanio, i dużo. Co ciekawe, płaci się w kasie przy parkingu i dostaje talon na wybrany obiad w restauracji. Najtrudniejszym zadaniem jest zamachać owym talonem w odpowiednim momencie, żeby ktoś przyjął zamówienie.

Został nam jeszcze ostatni punkt programu, tj. Eco Park i podziwianie zielonej granicy z Bangladeszem. Mieliśmy zajechać tam akurat na zachód słońca, ale... Cóż, mapy Google'a kłamią! Jedzie się 2 razy dłużej, bo dziura goni dziurę, więc trzeba pokonywać tę trasę zygzakiem. W efekcie trafiliśmy tam, gdy już robiło się szarawo. Bangladeszu nie zobaczyliśmy. 🙈 Oprócz platform widokowych znajduje sie tu też infrastruktura dla dzieci, parę tras spacerowych i miejsc piknikowych - można by przyjechać nawet na cały dzień. Na teren parku po zachodzie można wejść za darmo, bo nikt już nie siedzi na kasach. Ale trochę mija się to z celem, bo w tym parku chodzi jednak głównie o widoki. A po zachodzie nic nie widać. 😅

Na żywo było ciemniej. Aparat Niemęża za dobrze radzi sobie z szarówką.






Zainspirowani słonkiem, które postanowiło już pójść spać, wskoczyliśmy na skuter i pomknęliśmy z powrotem do miasta na nocleg. Drogą pełną dziur. W ciemności. Pod górę, z górki, pod górę... Chyba mogłabym napisać nowy słownik przekleństw i wulgaryzmów. Albo przynajmniej pokusić się o aktualizację obecnego wydania. Najważniejsze, że przeżyliśmy. Cudem. 😅 Dotarliśmy w końcu pod wskazany adres. Google nawet pięknie oznaczył nam, który to dom. W tym przekonaniu utwierdził nas jeszcze wieeeeelki szyld przed budynkiem. Co prawda sam budynek wyglądał niepozornie i jakoś podejrzanie nie przypominał tego ze zdjęć na booking.com, ale hej! to nie byłby pierwszy raz w Indiach, kiedy rzeczywistość okazuje się brzydszą siostrą Kopciuszka. Sorry, Książę! 😆 Zaparkowaliśmy zatem skuter centralnie pod oknami i zaczęliśmy się zastanawiać, jak wejść do środka. Furtka zamknięta, żadnego dzwonka, w domu ciemno jak w... no, wiadomo. Niemąż popadł w czarnowidztwo. A że na czarnowidztwo Niemęża najlepsze jest szybkie działanie Nieżony, to otworzyłam sobie furtkę i zaczęłam się (dość głośno i intensywnie) dobijać do domu. No przecież wiedzieli, że wieczorem przyjedziemy, ktoś musi być w środku. A nawet jeśli nikogo nie ma, to sąsiedzi dadzą właścicielom znać i za 5 minut ktoś się zjawi. No bo po co wyłączyć tryb samolotowy w telefonie i zadzwonić, prawda? A no po to, żeby nie dobijać się do Bogu ducha winnej emerytki. 😂 (No przecież 2 debile w Azji, a nie 2 inteligentów.) Szyld postawili przed domem staruszki, żeby od ulicy można go było zobaczyć. Ale sam hotel mieści się na tyłach, trzeba zejść po schodach i przejść 100 metrów alejką. Dawno nie przyjęłam tak głębokiego koloru buraczka... Najwyraźniej jednak to nie był pierwszy taki przypadek - pani wydawała się być przyzwyczajona do najazdów na chatę i posłała nam wiele uśmiechów. Gdyby to była Polska, to pewnie posłałaby w naszą stronę wiele innych rzeczy, niemających nic wspólnego z uśmiechami. 😅


Garść informacji praktycznych:

  • skuter od AR Rentals: 600 Rs./dzień, benzyna na 2 dni: 270 Rs.
  • Elephant Falls: 100 Rs./os.
  • Mawkdok Dympep Valley View Point: bezpłatnie z poziomu ulicy, można zejść niżej - teoretycznie za opłatą, ale kiedy byliśmy na miejscu, to nie było nikogo do pobrania tejże opłaty; parking: 10 Rs.
  • Wah-Kaba Falls: 30 Rs./os., parking bezpłatny; momosy dla pieska: 100 Rs. za 6 sztuk
  • Mawsmai Nongthymmai Eco Park: 20 Rs./os., aparat: 10 Rs., parking: 10 Rs.
  • Ro&Trim Homestay: 2500 Rs./noc w ciepluuuutkim pokoju, dodatkowo dopłaciliśmy 500 Rs. za kolację i śniadanie dla nas dwojga.

Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu