"Szybki" tranzyt Meghalaya-Assam-West Bengal

Eksploatujemy dalej ciepłe ubrania i zostajemy jeszcze w górach. Opuszczamy jednak zieloną Meghalayę i jedziemy oglądać indyjskie Himalaje w Darjeeling. Najłatwiej byłoby nam polecieć znów do Kalkuty i tam wsiąść w samolot do Siliguri. Bezpośrednio do Darjeeling nie da się dolecieć samolotem. Lotnisko Darjeeling znajduje się właśnie w Siliguri - mieście oddalonym o 70km, czyli 3h drogi. 😅 Tyle lotów wyszłoby niepotrzebnie drogo, więc zamiast tego nasz plan zakładał:

  • busa lub jeepa z Shillong do Guwahati
  • nocleg w Guwahati (czyli zaliczamy wizytę gościnną w stanie Assam) 
  • pociąg z Guwahati do New Jalpaiguri (które tworzy jedną metropolię razem z Siliguri)
  • samochód do Darjeeling.

Nie ma to jak spędzić dwa dni w tranzycie! Niemąż był przeszczęśliwy. 😂

Internety twierdziły, że z Shillong do Guwahati jeżdżą publiczne autobusy - na przejazd trzeba przeznaczyć tylko 3 godzinki. Albo 6. Zależy od pory roku i kierowcy. 😅 Jeździ podobno tylko jeden bus dziennie (o 14 lub 15), do Guwahati zajeżdża się wieczorem. Jako że miałam jeszcze bardzo ambitny plan, żeby chociaż coś zobaczyć w Assam, to opcję (taniego i nieprzewidywalnego) busa jednak zostawiliśmy jako plan B albo C.

Druga opcja - jeep. Trasa Shillong-Guwahati jest na tyle popularna, że według internetów codziennie przez pół dnia kursują na niej współdzielone jeepy - trochę na zasadzie minibusów. Zależnie od samochodu do środka wchodzi od 5 do 10 pasażerów. Aditya, czyli nasz host w Shillong, twierdził, że najbliższy postój jeepów jest tuż obok - na górce. Wolelibyśmy, żeby był niżej, ale jakoś te 600 metrów się dokulamy. 😅 Bliskość postoju potraktowaliśmy jako znak niebios, że to ma być właśnie nasz plan A, więc nawet nie zaprzątaliśmy już sobie głowy autobusem.

W dniu wyjazdu poszliśmy łapać jeepa. Plan był taki, żeby dotrzeć na miejsce o 8, ale tak jakoś wyszło... Doszliśmy po 9. 😅 Na szczęście jakieś jeepy jeszcze stały, ale zdecydowanie większość chętnych już dawno temu pojechała. Ustaliliśmy cenę (500 Rs./os.) i zapakowaliśmy się do jeepa. Jak się okazało - najładniejszego i najnowszego spośród wszystkich na postoju, więc mieliśmy szczęście. Hurra! Teraz nadszedł najgorszy moment - czekanie, aż się jeep zapełni. Kierowca nie ruszy, póki nie pojawią się jeszcze 3 osoby. Ale możemy zapłacić, żeby nie czekać... 3000 Rs. 
Ale zaraz, jak to 3000? Przecież jest 5 miejsc, więc 5x500=2500! Nie 3000!
Doszliśmy w końcu do matematycznego porozumienia, że 2x500 i czekamy. 😂 Po 20 minutach jednak odpuściliśmy i postanowiliśmy dopłacić. Zwłaszcza że napatoczył się jeszcze jeden pasażer, więc zapłaciliśmy tylko 2000 Rs. (za 4 osoby). Plusem tego rozwiązania było zapakowanie wszystkich naszych tobołków do środka. Gdybyśmy jechali pełni, to nasze bagaże wylądowałyby na dachu. Indusi mają mistrzostwo w przywiązywaniu bagaży sznurkiem, jednak cieszyliśmy się, że plecaki jechały z nami w środku. Za kierownicą trafił nam się Kubica z zamiłowaniem do rollercoasterów...  Przed wyjazdem do Shillong usłyszałam, że po przejechaniu tej trasy ludzie wysiadają zieloni. Jeśli wszyscy kierowcy jeżdżą tak samo, to się nie dziwię. Na mapach tak tego nie widać, ale prawie cała ta trasa składa się z zakrętów co 20-100 metrów. Oboje z Niemężem jakoś się trzymaliśmy, ale lekko nie było. W dodatku nasz kierowca lubił ścinać zakręty, niekiedy nawet przed nimi przyspieszając, ale nigdy nie zwalniając. 😱

Na pół godziny przed wysiadką, czyli kiedy na wjeździe do miasta zaczęły się robić korki, kierowca wysiadł i zaczął wyciągać nasze bagaże. On dalej nie jedzie, przesiadamy się do innego samochodu! Który ani nie był najładniejszy, ani najnowszy, ale w którym było akurat tyle wolnych miejsc, ilu pasażerów do przerzutu. 😅 Koniec wygodnej podróży, będziemy się ściskać. Plecaki poleciały na dach, a ja tylko mocno wierzyłam, że Indusi i w tym roku obronili mistrzostwo w przywiązywaniu bagaży sznurkami.

Dotarliśmy w okolice dworca Guwahati razem z kompletem klamotów. Niemąż miał już awersję do pojazdów wszelakich, więc czekał nas prawie 2-kilometrowy marsz z bagażem. Po którym standardowo, jak to w każdym nowym mieście, nie umieliśmy znaleźć hotelu. Ech. 😅 Gruham działa chyba w szarej strefie, bo przed budynkiem nawet pół tabliczki nie było. A po kilku najazdach w poprzednich tygodniach nie chcieliśmy ryzykować kolejnego wstydu. Ostatecznie dobry człowiek z budynku obok (który wyglądał prawie jak na zdjęciach na booking.com!) pokierował nas pod dobry adres. No i faktycznie - ktoś przerobił mieszkanie na 2-3 pokoje do wynajęcia. Szyldu nie było, szara strefa. Efektem naszego błąkania była laba do końca dnia - poszliśmy po prostu zjeść (oraz być tłem ze 200 zdjęć na instagrama) i wróciliśmy spać. Nie było czasu na głupoty, następnego dnia mieliśmy pociąg o 5 rano! Ustaliliśmy jeszcze tylko z hotelem, że przysługujące nam śniadanie dostaniemy na wynos.

Wstaliśmy nawet o czasie, spakowaliśmy rzeczy i poszliśmy odebrać śniadanie. Acha... Już Komodo powinno nas nauczyć, że śniadania o 5 to my nigdy nie dostaniemy. 😅 Tutaj było gorzej - nikt się nawet nie kręcił w kuchni. Wzięliśmy zatem plecaki i wyszliśmy... Nie zaszliśmy jednak za daleko. Zamknęli nam bramę na kłódkę! 😂 Niemąż kombinował, jak przeskoczyć płot - wysoki był (tzn. płot, a nie P, chociaż Niemąż też wysoki jest, ale zdecydowanie niższy niż płot). Na szczęście 5 rano mi służy i miałam przebłysk inteligencji - pobiegłam na górę i przy kluczach do drzwi wejściowych znalazłam też klucz do kłódki. Ufff! Niestety, na dworzec musieliśmy iść zdecydowanie szybszym krokiem niż planowaliśmy. Zwłaszcza że trzeba jeszcze było kupić jakąś wałówkę na drogę! W dodatku bezczelny pociąg postanowił przyjechać o czasie. Kto to widział w Indiach pociąg przyjeżdżający punktualnie?! 😂 

W Indiach nikomu nie przeszkadza, że ludzie śpią sobie na ziemi, oczekując na pociąg.


Zrobiło się dystyngowanie - Księżniczka i Cezar.

Po 30 godzinach wreszcie dotarliśmy do Siliguri. A właściwie do NJP, czyli New Jalpaiguri. Ale i tak - hurra! Tutaj przynajmniej nie mieliśmy problemu ze znalezieniem noclegu - od Mriganki z Airbnb dostaliśmy nawet pinezkę na mapie, więc wiedzieliśmy dokładnie, do którego budynku się wbijać. No i zawsze mogliśmy szukać mieszkania po psie - największą zaletą tego miejsca była obecność Cezara. 🐕 Po 6 tygodniach z kotem w Singapurze chciałam dać gdzieś Niemężowi chociaż jedną noc z psem. (Jakkolwiek źle to zabrzmiało...) 

Z rikszarzami na dworcu nie było lekko, wciskali nam tak turystyczne stawki, że... no bez przesady, 10. raz w Indiach jestem, mam swój honor! W końcu za dworcem znaleźliśmy jednego uczciwego, który wziął nas za połowę stawki wyjściowej. I co? I opłacało się - po drodze znalazł na jezdni rybę! Żona pewnie się ucieszyła, bo od razu do niej zadzwonił i poinformował o znalezisku. Morał z tego taki, że jak będziesz pazerny, to będziesz mieć tylko pieniądze, a jak będziesz uczciwy, to karma wraca - a konkretnie ryba. 😂

Mimo że na czystość w naszym pokoju nie mogliśmy narzekać, to w nocy Niemąż przekonał się, że karaluchy naprawdę latają. Wcześniej mi nie wierzył, bo nigdy nie widział. No to mu jeden przeleciał nad głową! Bardzo szybko od pierwotnego mi tam nie przeszkadza, rób sobie z nim, co chcesz, ale ja go nie ruszam, niech sobie żyje przeszedł do zabij go, szybko, zabij! Najwyraźniej wystarczy dodać karaluchowi jeden feature, żeby zmienić czyjś światopogląd. 😂 


Garść informacji praktycznych:


Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu