Z wizytą u smoków (dwóch)

Teoretycznie da się popłynąć tylko do smoków z Komodo (czyli największych obecnie żyjących jaszczurów). Natomiast w praktyce jest to niezwykle trudne, ponieważ wszyscy oferują od razu całe 1- lub 2-dniowe pakiety. Nikomu nie opłaca się płynąć tylko do waranów. Nie chcieliśmy rezerwować niczego przed przylotem na Komodo - liczyliśmy, że godzinna rundka po mieście pozwoli nam znaleźć okazję, a potem wynegocjować jeszcze lepsze warunki. Dlatego też przylecieliśmy na wyspę w środku dnia, a nie dopiero wieczorem. I co? I jajco - nie było żadnych rundek po biurach podróży ani negocjacji. Tuż pod hotelem mieliśmy najtańsze biuro na wyspie. 😂 

Już w hotelu zaproponowano nam całodzienny rejs za milion z haczykiem od osoby. Po zniżkach. Cena wyjściowa przekraczała półtora miliona. A w biurze tuż pod hotelem prawie identyczny program chodził za 500k od osoby - zamiast 2 plaż planowano tylko jedną. Jako że żadne z nas nie jest typem plażowicza, to jakoś zdobyliśmy się na to poświęcenie. Och, jak nam przykro, że zaoszczędzimy ponad milion. 😅

Być może w odwecie za wybranie innej wycieczki hotel nawalił ze śniadaniem. W biurze podróży mieliśmy stawić się o 5:30. Na wszelki wypadek zamówiliśmy śniadanie na wynos na 5. Niemąż chciał dać im na potencjalną obsuwę tylko kwadrans, ale autorytarnie zadecydowałam, że trzeba jednak zapewnić sobie większy zapas czasowy. My już wystarczająco dużo się stresujemy podczas azjatyckich wojaży. O 5 zaczęłam się kręcić wokół recepcji. Na korytarzu nie było żywego ducha. O 5:05 poszłam do hotelowej kuchni z zapytaniem o nasze śniadanie... Cóż, coś tam się już smażyło, ale nie było szansy, że dostaniemy wszystko nawet o 5:15. Wypadliśmy z hotelu o 5:30. W końcu śniadanie mieliśmy w cenie, więc trzeba było czekać. 😆

Pracownik biura zaprowadził nas najpierw pod swój dom, żeby odebrać nasz prowiant na drogę. Zdecydowanie mieliśmy domowe jedzenie po tanioszce. Ale było dużo, więc Niemąż zadowolony. 😆 Ja też, bo wszystko zgodnie z prośbą było wege - w Labuan wcale aż tak łatwo o wegetariańskie dania nie było. Wsiedliśmy do łódki, odebraliśmy sprzęt do snurkowania i ahoj, przygodo!

Pierwszy przystanek - szczyt Pulau Palakar i podziwianie panoramy. Miejsce piękne, choć ma jeden mankament - droga na szczyt jest całkowicie odsłonięta. Towarzyszący nam już o 10 upał był nie do zniesienia, więc mimo wyrwania kuny na początku, dość szybko zaczęliśmy zwalniać i sapać. Aczkolwiek sama droga w miarę przyjazna do wspinaczki - 90% trasy to schody, dopiero na górze robi się bardziej górsko, więc nie ma co przesadzać z trekkingowym obuwiem. (Jednak japonki też zdecydowanie odradzamy ze względu na kamyki.) Widoki ze szczytu były warte tego trudu. Gdybyśmy jednak mieli wybierać wycieczkę jeszcze raz, zwrócilibyśmy uwagę na godziny, o których dopływa się do danego miejsca. 

Pierdyliard zdjęć z góry za 3, 2, 1...












Miejsce dla Instagramerów.





A któż tu zawitał? 😍




Na łódź koniecznie trzeba wziąć ciepłe rzeczy!





Kolejny przystanek - różowa plaża. Na terenie wysp Parku Komodo znajduje się kilka różowych plaż, niektóre pakiety zawierają nawet 3 takie miejsca. Nam wystarczyło jednak po tanioszce zatrzymać się na jednej. 😅 I tutaj mega super ważna informacja. Na tych plażach nie ma praktycznie żadnej infrastruktury. Będą jakieś prowizoryczne ławki i zadaszenia, ale można zapomnieć o łazienkach czy przebieralniach. Takie rzeczy trzeba ogarnąć jeszcze na łajbie. Na samej plaży spędziliśmy ze 30-40 minut. Niemąż zdążył popływać i pooglądać rafę (podobno ta dalej od lądu ładna), po czym daliśmy radę przejść się na koniec plaży i tyle - trzeba było wracać. Nawet nie zdążyliśmy polatać. 😅
Co do koloru plaży - ciekawy, ale to nie taki podrasowany róż, jaki widać na Instagramie. Zdjęcia tak dobrze tego nie oddają, ale gołym okiem faktycznie można było zobaczyć jasny ciepły róż.



Nawet gitara była na pokładzie! 








Przystanek trzeci - smoki. Nareszcie! Na Pulau Komodo znajduje się otwarty dla turystów park, w którym można wraz z przewodnikiem tropić warany. Podobno hasają sobie też swobodnie na innych wyspach, jednak to tutaj jest ich najwięcej. Tak przynajmniej twierdzą wszystkie broszury reklamowe. Ruszyliśmy zatem z przewodnikiem, który lojalnie na początku nas ostrzegł, że nie ma gwarancji spotkania jaszczura. Niestety, jak to w dużej grupie - ciężko wyegzekwować ciszę. 15 tropicieli to zawsze 15 kiepskich tropicieli. Niemąż twierdził, że żadnego pewnie nie zobaczymy. Ja twardo stałam na stanowisku, że przez cały ten wyjazd co chwilę niespodziewanie nam jakieś płazy i gady się pojawiają, więc na 100% jakiegoś smoka zobaczymy. Jak myślicie, kto miał rację? 😎 Nawet przewodnik wydawał się zaskoczony, gdy przed nami przebiegł okazały waran. Chłopak szukał cienia - nie dziwię mu się, bo upał był nieznośny. Oczywiście, pół wycieczki nawet się nie zorientowało, ale gdy pozostali się rzucili w stronę krzaków, to nagle 2+2 dało 4. W ten sposób 15 kiepskich tropicieli biegało między krzakami. Po gratisowym smoku poszliśmy na plażę, gdzie - jak przekonywał przewodnik - zawsze jakiś waran się wygrzewa. I faktycznie był! Chillował sobie pod drzewkiem. Podejrzewamy, że mają takiego jednego udomowionego, żeby turyści zawsze zobaczyli wielkiego jaszczura. (Jakkolwiek źle to brzmi. 😅)

Kiepscy tropiciele rzucili się od razu do fotek z waranem, który bardzo grzecznie pozował i zdawał się nie być zdziwiony tą sytuacją. Do tego momentu jeszcze było ok - pozuje, ale na pewno dostaje jedzenie, więc barter ok. Jednak przewodnik zaczął kijem trącać pysk warana, żeby ten lepiej pozował. Raz, drugi, potem trzeci. W tym momencie jakaś żyłka we mnie pękła i prawdopodobnie stałam się gwiazdą indonezyjskiego internetu. Ja wiem, że to tylko waran, że turyści mają swoje oczekiwania, że jeszcze milion innych wymówek, ale pan został zjechany. Obudził mojego wewnętrznego smoka. 😂 Próbował się tłumaczyć, że on tylko śmieci spod warana odgarniał, ale guzik prawda! Jakoś kij dotykał pyska warana, a na nim śmieci nie było. Mamy to nawet udokumentowane. Jak chce sprzątać śmieci, to niech bierze worek i zasuwa po plaży, bo ilość syfu wokół świadczyła co najwyżej o nastawieniu na kasę, a nie opiekę nad zagrożonym gatunkiem. I to jest najważniejszy powód, dlaczego NIE polecam wyjazdu na smoki z Komodo. Niech najlepiej cały ten park padnie i warany sobie spokojnie żyją, nietrącane przez ludzi, którzy nie rozumieją swojej roli.






Waran grzecznie pozuje.


Został nam jeszcze ostatni punkt wycieczki - pływanie z mantami. Jednak po południu mant już nie było w standardowym miejscu, więc tego punktu nie zrealizowaliśmy. Tu też mały pro tip - o manty podobno łatwiej jednak z rana, więc lepiej brać wycieczkę, która od nich zaczyna. Aczkolwiek to i tak zawsze loteria.

Największym wyzwaniem tego dnia okazało się jednak wysiadanie z łódki. Kiedy przybiliśmy do brzegu w Labuan, niższa (czyli żeńska) połowa wycieczki pobladła. Nie mówię w bahasa, ale zdecydowanie rozumiałam, jakie padały teksty. Chyba ich poj... ma taką samą intonację w absolutnie każdym języku. 😂 Nie było schodków, trzeba się było wdrapać bardzo wysoko na brzeg. Niemąż skoczył w japonkach niczym łania. A ja? No cóż, 20 cm różnicy długości nóg swoje robi, więc łanią nie byłam. I tym stwierdzeniem zakończmy ten temat. 😆 


Garść informacji praktycznych:

  • dzienna wycieczka: 500k idr/os., nie pamiętamy nazwy biura, w którym ją kupiliśmy, ale była to malutka kanciapa tuż przy hotelu. 




Towarzystwo padło po całym dniu.





Prowiant wycieczkowiczów. Jako jedyni mieliśmy różowe pojemniczki.



Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu