Bo wszystkie Ryśki to fajne chłopaki
Podczas przygotowań do naszej podróży przeczytałam sporo relacji osób, które zdecydowały się na podobny krok. Z jednej z nich dowiedziałam się o petsittingu, czyli możliwości opieki nad zwierzakiem w zamian za dach nad głową. Korzystają z niej najczęściej expaci, którzy chcą wrócić do domu na wakacje i szukają kogoś, kto w tym czasie zajmie się ich pupilem.
W ramach oszczędności postanowiliśmy skorzystać z tej opcji - preferencyjnie w którymś z droższych krajów. Udało się! Spędziliśmy 6 tygodni w ekstremalnie drogim Singapurze za 0 zł. Tzn. za 0 zł za nocleg, bo jednak wciąż płaciliśmy za jedzenie i rozrywki. Gdyby nie Rysiek, to do Singapuru zawitalibyśmy na zaledwie parę dni, a nie tygodni. 6 tygodni mieszkania w takich warunkach i lokalizacji kosztowałoby 20-25 tys. zł. 😅
Jak dokładnie wyglądała nasza przygoda z petsittingiem? Przede wszystkim postanowiliśmy skorzystać z płatnej profesjonalnej platformy. Na Facebooku można znaleźć sporo ogłoszeń tego typu, ale nigdy nie wiadomo, czy to na poważnie, czy ktoś nas nie oszuka itp. Jednak konieczność opłacenia jakiegoś abonamentu jest pewnym zabezpieczeniem. Wybraliśmy TrustedHousesitters, bo celowaliśmy od początku głównie w Singapur, a na tej platformie sporo było ofert z Singapuru właśnie. Od początku szukaliśmy też ofert dotyczących psów lub kotów, bo z nimi mamy doświadczenie. Niemąż optymistycznie przybąkiwał, że i rybki oraz gady przejdą, bo co to za filozofia z nimi, ale... No nie, nie mamy doświadczenia, więc albo psy, albo koty. Najchętniej jednak koty, bo kota można zostawić samego na dłużej i szybciej sam się sobą zajmie. W przypadku psa pewnie odpadałoby wyjście na cały dzień w weekend.
Na TH opiekunowie wstawiają opisy i zdjęcia zwierzaków (oraz domów), a także zaznaczają, na jaki okres kogoś szukają. Potencjalni sitterzy po znalezieniu interesującej ich oferty aplikują o pracę. Trzeba opowiedzieć o sobie, swoim doświadczeniu w opiece nad zwierzakami itp. Co dalej, to już zależy od opiekuna, ale zwykle kończy się na rozmowie przez jakiś komunikator. Przy czym konkurencja jest spora - często w ciągu godziny od publikacji ogłoszenia są już jakieś aplikacje. W przypadku pierwszych aplikacji za każdym razem słyszeliśmy, że opiekunowie już się zdążyli dogadać z kimś innym. No niestety, jeśli jest już 10 aplikantów, to mamy marne szanse. Trzeba trafić na moment, gdy jest max 1. Najwyraźniej większość opiekunów nie ma wygórowanych oczekiwań i szybko wybiera sittera. 😜
Za 5. razem w końcu nam się udało - najwyraźniej trafiliśmy akurat tuż po publikacji. W dodatku na kota! I to z polskiej rodziny! Tzn. opiekunowie są Brytyjczykami, ale kota wzięli w Londynie od polskiej rodziny. Przeznaczenie! Kot wabi się Lynx, a że lynx to po polsku ryś, to od razu został przeze mnie przechrzczony na Ryśka. Ta polska rodzina też na pewno tak na niego wołała. 😁
Krótko po aplikacji dostaliśmy od Kate i Andy'ego (czyli opiekunów) odpowiedź, że są nami zainteresowani. Pogadaliśmy na whatsappie i nas wzięli. Chociaż nasza rozmowa była małą katastrofą, bo net w Chiang Mai tak nam się wtedy ciął, że połowa tej rozmowy to były prośby o powtórzenie ostatniego zdania. 😂
Właściciele zgodzili się na wrzucenie kilku zdjęć kitulka, zatem oto Lynx (Ryśkiem i Linksiem zwany)! (Choć Niemąż troszkę inaczej na niego wołał... Chyba nie podobało mu się, że przez pierwsze 2 tygodnie Linksiu nie ufał, że mu damy śniadanie, więc budził nas przed 5... czyli 1,5h przed czasem. 😅 Cóż... nawiązywanie relacji z kotem zajmuje trochę czasu.)
![]() |
| Ale jak to śniadanie dopiero o 6:30? |
![]() |
| Hello Kitty! |
Garść informacji praktycznych:
- TrustedHousesitters: roczna subskrypcja 129 usd - z kodem RAF529861 zniżka 25%.














Komentarze
Prześlij komentarz