Witamy w uniwersum Pythona
Singapur jest fantastyczny. Serio zakochałam się w tym państwie-mieście i jego niezwykle mądrych (oraz praktycznych) rozwiązaniach. Jednak w każdej beczce miodu znajdzie się i łyżka dziegciu. Zwłaszcza gdy jest się turystą, który zawitał tu na 6 tygodni - za krótko, by zostać rezydentem i korzystać z przywilejów. Za długo, by zostać zwolnionym z wielu obowiązków dla mieszkańców. Czyli zyskaliśmy same obowiązki i zero praw - niezły deal. Ale w końcu co się dziwić - 2 debile w Azji. 😅
Śmiechy śmiechami, ale na poważnie - jeśli wpadacie do Singapuru na ponad 30 dni, to macie obowiązek zarejestrowania swoich szczepień covidowych w National Immunisation Registry (NIR). Singapur uznaje nasze europejskie certyfikaty covidowe, więc co za problem, prawda? Też tak myśleliśmy, więc nie spieszyło nam się z rejestracją, w końcu na granicy nas z tym certyfikatem przepuścili, więc to tylko formalność, prawda? NIEPRAWDA! 😈
Na dokonanie wpisu w rejestrze mamy 30 dni od daty wjazdu. Zaczęliśmy ogarniać temat jakoś w 27. dniu, bo to miała być bułka z masłem. W okolicy mieliśmy ze 3 kliniki, więc ruszyłam na rekonensans, w której będą najlepsze ceny i terminy wizyt. I ogólnie posłuchać, co w tej kwestii mają nam do powiedzenia. Pierwszej pozycji na liście nie mogłam znaleźć, więc przypadkiem trafiłam do znajdującej się 3 lokale dalej Bukit Timah Clinic. I w ten sposób w środku Singapuru trafiłam do uniwersum Pythona - krainy AA, czyli Absurdu i Abstrakcji. (W teorii powinnam się odnaleźć, skoro sama też jestem AA.)
Wyjaśniam paniom na recepcji, w jakiej zjawiam się sprawie i że chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o procesie. Kto wie, może nawet same mnie dodadzą w tym całym Rejestrze Szczepień i będzie po sprawie? Twierdzą, że trzeba z lekarzem ustalić co i jak, bo one mi nie pomogą, ale zarejestrują od razu w ich klinice, żebym już miała konto pacjenta. Ok, niech będzie - legitymuję się i idę pogadać z lekarzem o szczegółach, co i jak trzeba zrobić, żeby się umówić na oficjalną wizytę i dopisać do Rejestru. Najpierw 5 minut czekania na ekstremalnie wąskim korytarzu - stopami prawie dotykam drzwi naprzeciwko, więc ciekawie się robi, gdy ktoś próbuje przejść. 🙈 W końcu wchodzę do gabinetu. Wciąż z myślą, że ja tylko dopytam o szczegóły i idę do domu, bo to jeszcze nie wizyta. Okazuje się, że jednak właśnie zaczęła się moja wizyta. Szlag by to! Ja tu na rekonesans tylko przyszłam, a nie sprawy załatwiać. Dobrze, że chociaż wszystkie papiery covidowe na wszelki wypadek ze sobą wzięłam. 😅
Recepcjonistki nie przekazały, w jakiej sprawie przyszłam, więc zaczynam tłumaczenie od początku. Że będę w Singapurze ponad 30 dni, że muszę się dodać do Rejestru w jakiejś klinice itd. Na szczęście lekarz wie, o co chodzi. Odpala na komputerze rządową aplikację i zaczyna mnie odpytywać z danych, w tym samym czasie prowadząc przez telefon inną rozmowę po chińsku (chyba). Szybko przechodzimy przez podstawy, tj. imię, nazwisko, numer paszportu, narodowość. Aż dochodzimy do dat szczepień. I tu pojawiają się schody - nawet rozmowę przez telefon kończy, żeby się lepiej skupić. Mam certyfikat z 2021 z informacją o przyjęciu pełnego szczepienia dawkami Moderny, czyli dawka 2/2. I drugi z 2022 z boosterem (czyli z adnotacją dawka 3/3). No to tak jakby jestem w pełni zaszczepiona, prawda?
Nieprawda! Bo nie mam certyfikatu po 1. dawce... Czyli powinnam mieć certyfikat potwierdzający zaszczepienie, choć tak naprawdę jeszcze nie byłam zaszczepiona, bo Moderna wymaga 2 dawek, a nie jednej.
- Mam przecież certyfikat z informacją, że dostałam 2 dawkę (z dwóch), więc to chyba dowód, że faktycznie dostałam dwie, prawda?
- Nie. Musi być certyfikat.
- Ale w Polsce nie dają po 1. dawce!
No i klops, bo tutaj dają. Pan doktor próbuje się dodzwonić do jakiegoś znajomego lekarza, żeby ustalić wspólną wersję, co z tym fantem zrobić. Podobno to jakiś... polski lekarz? Trochę trudno mi uwierzyć w takie koneksje, ale z drugiej strony - nasi są wszędzie. Jak mu potwierdzi, że w Polsce faktycznie nie dostaje się certyfikatu, to mnie doda. Próbuje jeszcze raz się do niego dodzwonić, ale bez rezultatu. W oczekiwaniu na odpowiedź zaczyna się szarpać z drukarką i wyzywać na recepcjonistki. Tak mi się wydaje, bo krzyczy mieszanką angielskiego i chińskiego (chyba). Kolega z Polski wciąż nie oddzwania, lekarz musi wyjść do pokoju obok coś skserować. Muszę wyjść z gabinetu, bo nie może mnie zostawić samej. Wracam zatem na wąski korytarz i czekam. W tym czasie doktor szarpie się z drugą drukarką i dzwoni do kogoś. Raczej nie jest to polski lekarz, bo słyszę chiński (chyba). Wraca do gabinetu, po 5 minutach znów mnie zaprasza do środka. Kolega nie oddzwonił, ale spróbuje dodać tylko 2. i 3. dawkę, skoro mam na nie papiery. Może się uda.
Uda się co najwyżej kolejny klops. System nie akceptuje 9 miesięcy przerwy między tymi dawkami, w dodatku 3. to Pfizer, a nie Moderna (zachciało nam się krzyżować szczepionki), więc nie da się wprowadzić danych. Co ciekawe, podczas wypełniania dokumentów wjazdowych do Singapuru musieliśmy podać wszystkie daty oraz wgrać skany certyfikatów. I tam jakoś przeszło wgranie certyfikatu 2/2 także przy dacie 1. szczepienia. Wpuścili nas przecież do kraju (choć Niemęża prawie nie). Podejmuję ostatnią próbę przekonania pana doktora:
- A może ja Panu po prostu podam datę tego pierwszego szczepienia?
Ugina się pod wpływem siły mojej perswazji (albo po prostu lituje nade mną). Jednak cały plan pali na panewce, gdy odpalam kalendarz, żeby policzyć wstecz 4 tygodnie od 2. dawki. Skoro nie znam daty na pamięć, to mogę już nie liczyć. Musi być certyfikat, bo..
- Wie Pani... więzienie - szepcze do mnie porozumiewawczo.
Na tym etapie się poddaję. Sławne singapurskie więzienie to szach-mat. Przegrałam tę partię. Muszę wrócić do domu i poszukać czegokolwiek z potwierdzeniem daty szczepienia - smsa, maila, gołębia pocztowego... Na odchodne pan doktor kiwa głową, że w pełni rozumie mój problem. Bez rejestracji zaraz mi się skończy ważność aplikacji tracetogether i mnie nigdzie nie wpuszczą.
- Aplikacja to nie problem - i tak nie mam jej aktywnej. Kod aktywacyjny nie przychodzi na polskie numery.
- Ale jak to? Nigdzie nie wymagają od Ciebie pokazania apki? W sklepie? W restauracji? Na metrze?
- Nie, nigdzie.
- To po co Ci w ogóle ta rejestracja w NIR?
No właśnie, po co? 😂 Apka jest obowiązkowa, ale nie daliśmy rady jej aktywować na polskich numerach komórkowych, a jednak nas wpuścili. I nigdzie nie oczekiwano od nas jej okazania.
Efektem tej wizyty był rachunek na 40 dolarów singapurskich. Podejrzanie mało jak na standardy Singapuru. Płatność tylko gotówką - cały czas sie zastanawiam, czy to nie jakaś pralnia chińskich pieniędzy... No i pan doktor pod koniec wizyty w końcu dał radę sobie coś wydrukować, więc może uznać wizytę za udaną. Chociaż on jeden. 😂 A my pozostaliśmy niezarejestrowani. I nikt nam nic z tego powodu nie zrobił.
Garść informacji praktycznych:
- koszt wizyty u internisty: średnio 60-70 sgd (w niektórych klinikach nawet i 100 sgd).
![]() |
| Ryszard radzi: kiedy przygniatają Cię absurdy życia, to schowaj się do szafy. Z szafy świat zawsze wydaje się piękniejszy. |

Komentarze
Prześlij komentarz