Stan przedzawałowy nr 41235

Wodospady, góry i krzaczki kawy zobaczone (choć prezentowały się mniej spektakularnie niż herbatka w Darjeeling), więc pędzimy dalej. Kierunek: Kerala! A tak konkretnie - najpierw 3-4h w samochodzie do Mangalore, potem 8h w pociągu do Alleppey, 10 minut w rikszy i będziemy w hotelu. Przypominam tylko, że Teściowie wciąż mają fory i to nadal jest niepełny turystyczny faszysta. Hehe. 😂

Co w powyższym planie może pójść źle? Wszystko. A zwłaszcza najsłabsze ogniwo, tj. auto, które ma nas zawieźć do Mangalore. Dzień przed odjazdem zarezerwowałam vana znów przez Savaari. Poprzedni kurs odbył się bez problemów, więc zakładałam, że i tym razem pójdzie gładko. Późnym wieczorem okazało się, że Savaari nie jest w stanie znaleźć dla nas transportu... 😱 Szczęśliwie się złożyło, że podczas drogi z Kadur do Chikmagalur dostaliśmy wizytówkę biura podróży, dla którego pracował nasz kierowca. Odesłał nas jednak do szefa, który ustala stawki i jako jedyny mówi po angielsku. I który się nie odzywał przez ponad pół godziny. W tym czasie Savaari czekało na informację, czy mają szukać dwóch mniejszych samochodów. Wyjdą jednak drożej niż jeden duży... No dobra, niech szukają. 20 minut później odezwał się szefo - 7500 Rs. za duży samochód. Stawką wyjściową Savaari było 5000, może dlatego nie mogli znaleźć nikogo chętnego... 😅 Savaari się odezwało, że będą 2 samochody za ok. 6000 Rs. Niecałe 100 zł różnicy, ale jednak na korzyść Savaari. No dobra, wybraliśmy po tanioszce. Tylko po to, aby Savaari znów się odezwało, że ma tylko jednego kierowcę i nie może znaleźć drugiego... 🙈🙉🙊 Czy potwierdzamy kurs i mają szukać dalej? Tak! W tym czasie Kierownik Wycieczki wrócił pokornie do szefa biura podróży i dopytywał, czy jednak w razie czego mają na rano wolny samochód... Po łącznie ponad 2h moich stanów przedzawałowych dostaliśmy potwierdzenie z Savaari, że rano o 7:30 stawią się po nas 2 samochody. Łącznie za 7000. Szczegóły kierowców dostaniemy standardowo 30 minut przed odjazdem.

Uff? Nie uff! Bardzo nie uff! O 7 rano dostaliśmy dane tylko jednego kierowcy. Drugi kurs niby był w aplikacji potwierdzony, ale bez numeru rejestracji i telefonu... Savaari nie odpowiadało na pytania. O 7:30 pod hotelem nie było żadnego kierowcy. Savaari twierdziło, że zaraz przyjadą. Zadzwoniliśmy do tego potwierdzonego i usłyszeliśmy, że korki, że coś tam i że się postara, ale będzie, kiedy będzie. 😲 Danych drugiego kierowcy nadal brakowało. Savaari dzwoniło, że coś tam, coś tam, ale kierowcę właśnie ściągają. Wg Google'a z Chikmagalur do Mangalore powinniśmy dojechać w ok. 3,5h. Celowo zamówiliśmy auta na 4,5h wcześniej, żeby mieć godzinny zapas. Nasz jedyny potwierdzony kierowca przyjechał właśnie dokładnie z godzinnym opóźnieniem... Na całe szczęście miał duży bagażnik, więc zapakowaliśmy jakimś cudem i siebie, i bagaże, po czym ruszyliśmy. Dzięki cioci z Kalkuty mieliśmy internet, więc mogłam cały czas kontrolować, gdzie był nasz pociąg. I radować się jego rosnącym opóźnieniem! Oby tylko nie zrobił nam psikusa jak pociąg w Guwahati, który ot tak nadrobił 40 minut i przyjechał o czasie. Zwłaszcza że nasz kierowca nie odnalazł w sobie Kubicy, więc na dworzec jechaliśmy prawie 4 godziny... Spóźniliśmy się 30 minut, pociąg - 60. Uffff, czyli zdążyliśmy. Na kolejach indyjskich jednak można polegać! 😁

Wpakowaliśmy się pędem do pociągu (dosłownie, było trzeba do niego wbiegać) i zajęliśmy odpowiednie miejsca. Niestety, los znów spłatał nam figla i okazało się, że na kolejach jednak nie można tak całkiem polegać. W lepszej klasie (tj. klimatyzowanej) nie ma gastronomii obwoźnej! Po wagonach chodzą tylko oficjalni pracownicy Warsu, którzy rozdają wcześniej zabukowane posiłki. O nie, żegnajcie samoski zawijane w gazetę... Wygląda na to, że IRCTC postanowiło zrobić krok w stronę standardów europejskich - nie trzeba drukować biletów, można sprawdzać online położenie pociągu, ale nie można już kupić samoski od pana Mietka, którego żona lepi pierogi na tyłach kurnika. Chyba że jedzie się sleeperem. Czyli albo klimatyzacja, albo samoski. To są prawdziwe życiowe dylematy. 😂

Późnym wieczorem dojechaliśmy w końcu do Alleppey (aka Alappuzha, bo w końcu jesteśmy na południu, więc każda miejscowość ma minimum 2 nazwy). Rikszarze nie za bardzo chcieli się targować, a my nie za bardzo chcieliśmy dać z siebie zedrzeć 300 rupii za 2,5 kilometra. W dodatku Niemąż bardzo nie chciał prowadzić kolejnych rozmów z kimkolwiek, więc po prostu ruszyliśmy z kopyta. Kiedy przeszliśmy kilometr i zostawiliśmy wszystkich potencjalnych rikszarzy daleko w tyle, to zaczęło padać... Na szczęście chociaż hotel odnaleźliśmy w miarę sprawnie. W miarę. 😅

Garść informacji praktycznych:

  • auto z Savaari: 4500 Rs. za kurs z Chikmagalur do Mangalore (a właściwie 4000 Rs., bo 500 Rs. daliśmy jako napiwek, że nas człowiek dowiózł w zasadzie na czas)
  • bilety kolejowe Mangalore-Alleppey: 1000 Rs./os. za klasę 3AC
  • nocleg w Lemon Dew Beach House: 2200 Rs./noc za pokój.

Pogoda była niczym nasza sytuacja transportowa. Dramatyczna.



Przez pierwsze 2h zjeżdżaliśmy z gór, podziwiając rosnącą kawę.







Następnego dnia z tarasu przywitał nas taki widok.


Lemon Dew.




Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu