Pożegnanie z Keralą
Jako że nasze dni w Kerali dobiegały już końca, to w ramach pożegnania postanowiliśmy wybrać się do centrum kultury na tradycyjny keralski pokaz. Najbardziej znane są przedstawienia kathakali - keralskiego teatru. Jeśli widzieliście kiedyś Indusów z zielonymi twarzami i ubranych w szerokie spódnice, to prawdopodobnie byli to właśnie aktorzy kathakali. 😅 Jednak podejrzewałam, że Niemęża takie przedstawienie szybko znudzi, bo prawdopodobnie skończy się na godzinnej opowieści o tym, że Beema ma wielką pałkę (dosłownie - chodzi z maczugą). Zatem wybraliśmy się na inny pokaz - keralskiej sztuki walki, tj. kalaripayattu. Mieliśmy szczęście, bo nasz pokaz odbywał się zaraz po kathakali, więc Niemąż mógł rzucić okiem na ucharakteryzowanych aktorów. Widać też było ogromną różnicę w widowni - sala na kathakali pękała w szwach. Natomiast amatorów sztuk walki było ze 3-4 razy mniej.
Co do samego pokazu kalariyapattu - osobiście poczułam się trochę zawiedziona, bo nie było tego, na co czekałam najbardziej, czyli walki na urumi. Są to dłuuuugie miecze, które przypominają bardziej metalowe bicze czy szarfy. Choć nie ma co się dziwić. Nie dość, że takie walki są bardzo niebezpieczne, to prawdziwy pojedynek na urumi wymaga zdecydowanie więcej przestrzeni niż mała scena teatralna. W przypadku urumi mogliśmy zatem liczyć tylko na kilkadziesiąt sekund podstaw machania szablą. Choć zawsze lepsze to niż nic. 😉
![]() |
| Fotki po pokazie kathakali. |
![]() |
| Po pokazie można było poćwiczyć z panami. |
Długo zastanawialiśmy się, jakie miasto ma być naszym kolejnym przystankiem na 3 styczniowe tygodnie. Ostatnie dwa miesiące w Indiach spędzimy na północy, więc jeśli chcielibyśmy zobaczyć coś jeszcze na południu albo w centrum kraju, to właśnie teraz. Wiedziałam też, że na przełomie stycznia i lutego musimy być w Mumbaju! Na ekrany kin po 4 latach wraca Szaruk 💖. Gdzie go lepiej zobaczyć, jeśli nie w Mumbaju właśnie? Poniekąd ze względów logistycznych padło zatem na wcześniejszą wizytę w mieście Haidera, czyli Hyderabadzie! Mieliśmy tu stopover, kiedy lecieliśmy z Kalkuty na Goa. Niemąż był wtedy niepocieszony, bo nie zobaczył z samolotu fortu Golconda. No to teraz będzie miał okazję zobaczyć Golcondę z bliska. 😁
Bilety kupiliśmy na naszą ulubioną linię Indigo. Co prawda na lotach krajowych w cenie pasażerowie mają tylko 15kg bagażu rejestrowanego, ale bez problemu mogliśmy dopłacić na lotnisku za nadbagaż. Za to problemem okazało się dotarcie na lotnisko... Choć w ciągu ostatniego miesiąca zamawialiśmy Olę już 5. raz, to tym razem nikt nas nie chciał wziąć. Nawet w wigilię nie mieliśmy takiego problemu! 3 kierowców zaakceptowało nasz kurs, ale albo sami go potem zrzucali, albo to my musieliśmy zrezygnować, bo z 5 minut czekania robiło się 15, a naszego kierowcę wywiewało na drugą stronę miasta... Zatem kiedy 4. kierowca po przyjęciu zamówienia powiedział nam, że za 972 rupie to on nie pojedzie i mamy zapłacić 1500, to żeśmy skapitulowali i grzecznie zaakceptowali nową taryfę. Nie mieliśmy już czasu na szukanie nowego kierowcy. Tak krótko przed odlotem na lotnisko jeszcze nigdy nie zajechaliśmy... Także taki mały pro tip - w Indiach zawsze zakładajcie, że będziecie mieć problem z Olą i róbcie sobie godzinny zapas czasowy. ZAWSZE. My zrobiliśmy zapas tylko na 30 minut i stresik był. 😂 Na szczęście na lotnisku nie było dużych kolejek i daliśmy radę dojść do bramek spokojnym krokiem, a nie biegiem. Nawet więcej - mieliśmy ekstra 5 minut, żeby zobaczyć wystawę teatru kathakali na lotnisku!
Garść informacji praktycznych:
- Kerala Kathakali Centre: pokaz kalaripayattu: 400 Rs./os., kathakali: 500 Rs./os.
- Ola na lotnisko Cochin: 1500 Rs./kurs
- lot Cochin-Hyderabad linią Indigo: 99 usd/os. (w tym bagaż nadawany i konkretne miejsca).
![]() |
| Goodbye, Cochin! Jeszcze kiedyś wrócę! |
![]() |
| Już na lotnisku. |
![]() |
| Dowód, że jestem ślepa - w ogóle nie widziałam tej kartki... 😅 |












Komentarze
Prześlij komentarz