Chikka niczym Cherra

Po Dniu Zwycięstwa Desperacji nad Godnością Niemąż z Teściem (który w zasadzie jest Nieteściem) wyrwali do Bright Bike jeszcze przed śniadaniem. Niczym w starym skeczu o 7:30 robili open the door. Wszystko po to, aby się pracownicy jednak nie rozmyślili. Brumbrumy są nasze!
I co? I były! 😍😎😁🎇🍹🙌 Panowie dopełnili formalności (znów u Niemęża przeszło polskie prawo jazdy kat. B), zgarnęli zapasowe kaski dla Teściowej i dla mnie (w standardzie zawsze dostaje tylko kierowca) i pojechali na stację benzynową, bo baki były puste. A jakże! Wrócili akurat na dostarczone pod drzwi dosy. W hotelu Treebo nie ma kuchni, ale donoszą śniadania z... skądś. Nie wnikaliśmy w to zagadnienie dla spokoju sumienia (i żołądka). 😅

Uradowani wizją możliwości zobaczenia tego, po co w ogóle tu przyjechaliśmy, wskoczyliśmy na skutery i pomknęliśmy na północ w kierunku gór. Pierwotny plan (kreślony jeszcze w Kalkucie) był ambitny. Jednak nauczona już doświadczeniem gubienia się na skuterach w Goa, a także nieumiejąca ocenić możliwości naszych pojazdów w starciu z lokalnymi drogami wybrałam tylko kilka głównych punktów reprezentujących te tereny. Jeśli damy radę zobaczyć coś więcej, to tylko lepiej.

Nasz pierwszy przystanek to Honnammana Halla Waterfalls. Poniekąd z powodu lokalizacji - był po drodze, więc i przy nim sobie stanęliśmy. 😅 Karnataka ładnymi i licznymi wodospadami stoi, więc także z tego względu wypadało się choćby przy kilku zatrzymać. HH nie jest może spektakularny o tej porze roku - ot, woda lejąca się po schodach. Ale jak znalazł na 10-minutowy odpoczynek dla naszych czterech liter. 

Rydwan nasz.


I Teściów.


Drugi wodospad miał już być prawdziwą perełką. Jednak Jhari Waterfall okazał się działać incognito. Gdzieś w środku lasu widzieliśmy nawet maluśką tabliczkę wskazującą szlak pieszy w kierunku Jhari. Jednak internety obiecywały, że gdzieś będzie duży parking z jeepami. Przejechaliśmy nawet jakiś plac z paroma przebieralniami, ale nie było kartki, że to Jhari Waterfall. Ba, nawet więcej - była, że to jakiś Dabdaba! No to pojechaliśmy dalej... 

Dawno nie nie zawracaliśmy po 20 minutach jazdy, prawda? 😂 Dabdaba to Jhari, Jhari to Dabdaba. Na parkingu zostawiliśmy skuter i zostaliśmy poinformowani, że dalej można udać sie tylko jeepem. Nawet nie na nogach, bo to teren prywatny... Ciekawe, czy widzieli strzałkę na drodze 500 metrów wcześniej. 🙈 Jako że internety potwierdzały konieczność wzięcia jeepa, to uiściliśmy opłatę i zostaliśmy wsadzeni do jeepa. Dostaliśmy jakiegoś mniejszego, dzięki czemu mieliśmy cały tył dla siebie. Indusów ściskali jak sardynki. I ruszyliśmy... Na pełnej... Po ekstremalnie krętej drodze... Całej w wybojach... Lataliśmy po tym samochodzie że ho!ho! Chyba wciskanie o 25% pasażerów więcej (niż producent przewidział) ma swoje plusy - nimi na pewno tak nie rzucało. My zapieraliśmy się wszystkimi dostępnymi kończynami, a i tak skończyło się na paru siniakach. Jeśli ktoś lubi offroad, to polecamy! 😂 

Było już zbyt sucho, aby kąpać się w rzece czy basenie utworzonym pod wodospadem. W czasie monsunów można tu swobodnie pływać. Jednak Jhari (aka Dabdaba) nadal robił wrażenie. A niski poziom wody nie przeszkadzał ani trochę Indusom - pluskali się radośnie w tym, co zastali. 

Opłata za jeepa obejmowała także powrót na parking. I tu zaczęły się problemy, bo... powinniśmy wcześniej dostać jakiś token. Bez tego tokena kierowcy nie mogą nikogo zabrać! Trzeba będzie drałować pod górę na nogach. Wśród jeepów wyprzedzających się na pełnej na krętych i bardzo wyboistych drogach. No na pewno dojdziemy w jednym kawałku (a w zasadzie czterech)! 😂 Na szczęście jesteśmy biali=sieroty, więc w końcu jeden kierowca zgodził się nas zabrać. Ciekawe, czy i jak wyjaśnił sobie z kolegą na parkingu, czemu nie dostaliśmy tokena. 🙉

Oto i Jhari Waterfall! 







Z Jhari udaliśmy się w stronę szczytu Baba Bundagiri oraz kolejnego wodospadu - Manikya Dhara. Ta trasa absolutnie zapiera dech w piersi! Niestety, cały czas jechaliśmy, więc zdjęć stąd nie mamy - nie doszłam jeszcze do takiej pewności siebie na skuterze, żeby w trakcie jazdy wyciągać telefon i cykać foty. A szkoda, bo widoki były prawie jak w Cherrapunjee. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko w punkcie widokowym Attigundi. Choć pogoda zaczęła się już mocno psuć, to widoki stąd i tak były ładne. Zdjęcia jednak nie oddają sprawiedliwości. Podobnie jak te z Baba Budangiri - zdecydowanie musiałabym grzebać w ustawieniach kolorów, żeby którekolwiek zdjęcie choć się zbliżyło do poziomu saturacji barw na żywo. Także tego, podrasujcie barwy w wyobraźni do ekstremum, jeśli chcecie poczuć się jak na Babie. Chętni mogą też tu coś przekąsić, ewentualnie kupić jako pamiątkę jakieś dziwne nalewki albo kożuszek. My spasowaliśmy, widoki (i opalana kukurydza) wystarczyły.











A tu już baba. Tzn. Baba Budangiri.




Przepraszam, do Manikya Dhara to tędy?



Nie mieliśmy już sił, aby pojechać jeszcze dalej na północ do Hebbe Falls. Górskie drogi, zwłaszcza te w okolicy Baba Budangiri, tak nas fizycznie zmęczyły, że w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się już tylko przy jeziorze HirekoLale. Mieliśmy zostać tam na chwilę, a jakoś zeszła nam się godzina. Niemąż nawet zrobił sobie pedicure - rybki z jeziora były amatorami martwego naskórka. Miał spa lepsze niż w Tajlandii czy Kambodży. I w dodatku za darmo! 😂

Garść informacji praktycznych:

  • motocykle z Bright Bike: 1200-1300 Rs./dzień za pojazd (zależnie od modelu), kask dla pasażera: 100 Rs., benzyna na górskie drogi: 400 Rs./pojazd (zatankowana z bardzo dużą górką, bo poza miastem ciężko o stacje)
  • myto Kaimara Forest Check Post: 10 Rs./pojazd
  • jeep z parkingu do Jhari Falls: 200 Rs./os. (w dwie strony)
  • Manikya Dhara Falls: 2,5 Rs./os. (ale chyba powinny być 2 Rs. i nas orżnęli).





Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu