Wpuściliśmy się w kanał

Skoro laba już była, to teraz czas na zwiedzanie! Największą atrakcją Kerali są tzw. backwaters, czyli system kanałów. Początkowy plan zakładał pływanie kajakiem jednego dnia, a łódką drugiego. Można by zapytać - po co dwa razy oglądać to samo? Jednak kajak ma ten plus, że wpłynie w miejsca, w które nie zagłębi się łódź. Będzie można zatem podziwiać głównie przyrodę. Z kolei łodzią mogliśmy odpłynąć dalej od miasta. I nie trzeba samodzielnie machać rękoma, więc chyba już wiadomo, która opcja została przegłosowana jako jedyna prawilna. 😅 Na szczęście nie musiało być luksusowo! Wielkie łodzie z klimatyzacją, które pływają tylko po większych kanałach, kosztują krocie. 

W Kerali wystarczy z rana przejść się na dowolną przystań i na pewno znajdzie się jakiegoś naganiacza. Można też pogadać ze swoim hotelem - na 100% załatwia też rejsy różnymi łodziami. W końcu każdy nocuje w Kerali właśnie z myślą o pływaniu po backwaters. Żeby zaoszczędzić sobie nerwów (i negocjacji cenowych), załatwiliśmy pływanie u Brody.* Do wyboru miał kajaki, shikhary (czyli tradycyjne keralskie łodzie), canoe i wielkie łodzie. Wiele lat temu shikhary były napędzane ręcznie - wioślarz odpychał się od dna wielkim bambusowym kijem. Obecnie jednak praktycznie wszystkie mają już silnik spalinowy. Z tego względu zdecydowaliśmy się na canoe - tutaj nadal mogliśmy liczyć na ciche wiosłowanie zamiast głośnego wrum-wrum. 

* Broda, czyli właściciel hostelu, został ochrzczony Brodą ze względu na krzaczastą brodę właśnie. Jego imienia nie byliśmy w stanie powtórzyć. Wyglądał i zachowywał się jak urodzony o 30 lat za późno hippis. Na początku było to zabawne, ale z czasem dążenie do ciągłego kontaktu fizycznego zaczęło irytować. Od tego czasu wszystkie sprawy z Brodą chodził załatwiać już Niemąż. Jakoś jego Broda nie zaczepiał aż tak chętnie, co najwyżej żółwika przybijał. 😅

W dniu rejsu rano przyjechał po nas załatwiony przez Brodę rikszarz i zawiózł nas na przystanek promowy. Stąd publiczny prom miał nas zabrać na właściwe miejsce startu. Na 12 turystów trafiło nam się tylko 2 Indusów. Choć o tyle dobrze, że przynajmniej mieliśmy tłumaczy. Po dopłynięciu do odpowiedniej wioski poszliśmy na lunch do domu... pilota wycieczki? wójta? No, kogoś, kto nas zgarnął z przystanku. Tam czekali już też nasi wioślarze. 12 osób zostało rozdzielonych na 2 czółna i żeśmy popłynęli w kanały. Nie wiem, czego to kwestia. Może w ciągu ostatnich 10 lat zabudowa mieszkaniowa tak pogalopowała. Może trafiliśmy akurat na taką wycieczkę. Ale to był mój 3. raz na kanałach i pierwszy raz pływaliśmy ciągle wśród ludzi! Poprzednie rejsy były dzielone - trochę wśród domów, a trochę po zielonych gąszczach. A tutaj ciągle domy i domy... Widziałam też coś, czego absolutnie nie było w 2009 ani w 2012 - mnóstwo kładek dla pieszych. Najczęściej zrobionych z prowizorycznych desek, ale skutecznie blokujących łodziom możliwość wpłynięcia głębiej. Było brać kajaki! Choć mimo braku wybuchającej nam prosto w twarz zieloności i tak warto było tu dotrzeć i zobaczyć, jak wolno płynie życie nad kanałami.

W trakcie rejsu była jeszcze szybka przerwa na świeżego kokosa, po czym wróciliśmy do domu wójta/pilota i skonsumowaliśmy obiad. Obowiązkowo na liściu bananowca! To jest dopiero zero waste - jesz obiad, potem wyrzucasz talerz za okno i konsumuje go jakaś koza albo krowa. Nic się nie marnuje. A najlepsze, że to nie jest wcale atrakcja pod turystów. W wielu domach na wsi wciąż tradycyjne jedzenie spożywa się na liściach, nawet jeśli domownicy mają też naczynia porcelanowe lub plastikowe.

Po powrocie był czas na relaks, ayurvedyjskie spa dla chętnych (różne ceny zależnie od zabiegu, śr. 1500 Rs. za 1,5h) i... tyle. Łódki zajęły nam prawie cały dzień, na więcej atrakcji nie było czasu. Z rana Teściowie jechali już na lotnisko w Cochin (a raczej 40km od Cochin), żeby Indigo zabrało ich do ostatniej destynacji - Delhi. Tym razem zamówiliśmy im Olę, a nie Savaari. Na szczęście to nie Goa i tutaj jeżdzi. 😅 Natomiast my postanowiliśmy zostać sobie w Kerali jeszcze trochę dłużej.


Garść informacji praktycznych:

  • riksza: 100 Rs./kurs (całą czwórką wcisnęliśmy się do jednej)
  • rejs po backwaters: 1000 Rs./os. (w tym lunch i obiad u lokalnej rodziny)
  • Ola z Alleppey na lotnisko Cochin: 2340 Rs./kurs.

Nie, to nie nasza łódź. Za droga! 😅



W Kerali komuniści wciąż dobrze się mają.






 

To jest kanał użytkowy! Tu się pływa łódką, kąpie i pierze.





Skoro już jest mur, to przecież można z niego przy okazji zrobić ścieżkę!





Ciężkie jest życie rikszarza, musi kombinować, jak inaczej dojechać, skoro zalało ulicę. Być może i przez sąsiednią wieś będzie jechał.




Co ciekawe, często domy są nawet poniżej poziomu kanału.








Szkoła.


W końcu jesteśmy na wsi! (Choć tu po miastach kurczaki też biegają.)




Stacja benzynowa. Głównie dla łódek.



Kto powiedział, że tylko kobiety mogą nosić spódniczki?
Na południu nie mają kompleksów i panowie chętnie odsłaniają łydki w lungi. 😁


Trisha! 😍



Jesteśmy w Kerali, więc szanujmy się - zamiast talerza musi być liść bananowca!


W większości domów na wsi toalety nadal są poza domem.


To nie nasza łódka. Ale podobna. 😅



Wzdłuż kanałów ścieżki są wąskie i zawsze chodzi się gęsiego.




Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu