Kota Kinabalu nas nie lubi

Oto i nasza zdobycz!

Gdy tylko wyszło słońce, to zachęceni sukcesem z namorzynkami (czyli dniem zwiedzania bez ani jednej kropli deszczu) postanowiliśmy wypożyczyć skuter i pojeździć po okolicy. Główny punkt programu - wzgórze Bukit Bonduk. Zaczęliśmy od szukania wypożyczalni. Mapy Google'a twierdziły, że tyyyyyyyle ich w okolicy... Czy już wspominałam, że Google sobie średnio radzi w Azji? 😅

Najpierw kierujemy się do RentX Motor - tuż po sąsiedzku, bo w megabloku obok. Logika podpowiada, że punkt wynajmu skuterów powinien mieścić się na parterze. Obeszliśmy całe centrum, ale nigdzie ani widu, ani słychu RentX. Ani skuterów. No ale nie poddajemy się. Może biuro mają na piętrze, a skutery są na parkingu podziemnym? Po 30 minutach znajdujemy ich w końcu na 2. piętrze w zapomnianej przez Boga części budynku. Zamkniętych. 😂 Remontują się, ale na swoim Facebooku coś im się zapomniało o tym wspomnieć i na bieżąco informują o promocjach. 

Nie poddajemy się i idziemy dalej - do Borneo Ride. Kawałek trzeba przejść, ale to i tak bliżej niż na namorzynki, a jeszcze sobie przy okazji wskoczymy na mrożony jogurt. Docieramy z Googlem pod wskazany adres. Tylko po to, żeby znaleźć fryzjera... Ej, ale przecież Niemąż ostrzygł się już w Singapurze! I znów bawimy się w detektywów. Obchodzimy cały budynek, ale ani śladu po tym biznesie. Pytamy w sklepie obok, dokąd się przenieśli ze skuterami ich sąsiedzi.
A to tu była jakaś wypożyczalnia?

Makao i po makale. Została nam ostatnia nadzieja - Scooter Rabbit. Niemąż twierdzi, że zrobiło się południe i on już nigdzie nie jedzie, wracamy. Udaje mi się go skusić tym, że nasza ostatnia nadzieja jest po drodze do mrożonego jogurtu. No i sprawdzimy sobie na jutro, czy faktycznie istnieją. Wizja mrożonego jogurtu (oraz choć chwilowej ucieczki w klimatyzację) wygrywa. Na szczęście, bo Scooter Rabbit istnieje! Ba, w tym samym budynku są nawet 2 (słownie: dwie) wypożyczalnie. Wybieramy króliczka, bo wcześniej się otwiera i później zamyka, więc mamy więcej godzin na skuterze. Dogadujemy się jednak, że wrócimy jutro z rana, bo o 13 już nie ma sensu wypożyczać. 😆

Co zrobić, gdy pół dnia już i tak zmarnowane? Wiadomo - trzeba iść do kina. 😂 Ale najpierw do Surya Mall na mrożony jogurt! (Nawet nie liczymy, ile musieliśmy już przytyć w Malezji na tych wszystkich sandakańskich gofrach i kinabalskich mrożonych jogurtach...)

Następnego dnia wstajemy z rana, aby odkryć, że niebo jest pokryte szarymi chmurami. Jesteśmy jednak dobrej myśli - przecież chmury nie zawsze oznaczają deszcz, prawda? Prawda? Alternatywą jest myśl, że trafił nam się jeden słoneczny dzień, którego nie wykorzystaliśmy... Bijemy się jeszcze z myślami i przeczekujemy poranek, żeby przekonać się o werdykcie. Jakoś nie chce się rozpadać, więc wychodzimy w końcu z domu i bierzemy skuter. Do kompleyu dostajemy nawet przeciwdeszczowe kurtki i spodnie... Oj!

Pierwsze kroki (obroty?) kierujemy do znajdującej się w mieście Sabah Art Gallery. Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak miał nas złapać deszcz. I bardzo dobrze, bo już po paru minutach zaczyna padać. 😶 Wzgórze musi poczekać, dzisiaj zostajemy w mieście. Galeria jest mała, ale urokliwa. Są obrazy ładne, ciekawe i niekoniecznie. Cóż, sztuka to zawsze kwestia gustu. Natomiast sam budynek jest nowiutki i po prostu ładny. Znajduje się w nim także mały sklep z pamiątkami, choć my do niego nawet nie zaglądamy. Tzn. mi się oko zawiesza na kilku dobrach, ale Niemąż popędza. Dziś planujemy zajechać jeszcze do muzeum stanowego. Dla mnie jest nawet ciekawe (można sporo się dowiedzieć o dochodzeniu Borneo do niepodległości), ale P się nudzi. Do czasu. Co okazuje się największą atrakcją muzeum? Nie wystawa etnicznych strojów. Nie szkielet wieloryba. Most linowy w parku obok! (Ale nawet sobie zdjęcia na pamiątkę nie zrobił. 😂) 




Kpop jest wszędzie!







Antykradziejka! 😅






Następnego dnia wstajemy z samego rana - chcemy wykorzystać jeszcze ostatnie wolne godziny przed pracą Niemęża. Tylko po to, by znów zobaczyć niebo zasnute chmurami... Chyba Kota Kinabalu bardzo nie chce, żebyśmy wychodzili z domu. Mamy zostać i jeść gofry. 😂 Chciał, nie chciał - iść trzeba. Może będziemy mieć szczęście i nie zmokniemy? Wskakujemy na skuter i ruszamy w końcu na wzgórze Bonduk. Docieramy na początek szlaku po kilkudziesięciu minutach jazdy (i kilkudziesięciu bluzgach Niemęża). Najpierw tup-tup po schodkach. Aż napotykamy prawdziwe schody - nie wiemy, którędy dalej. Nie ma jasno wytyczonej ścieżki... W dodatku całe podłoże jest gliniane. Po wczorajszym deszczu z gliny zrobił się miejscami klej - P prawie zostawił buty przy pierwszym podejściu. 😅 Ja niby mam lepsze obuwie (wysokie trekkingowe), ale wcale nie jest mi o wiele łatwiej. Dzięki kibicującym nam przy drodze przechodniom w końcu znajdujemy oficjalną ścieżkę na wzgórze. Jednak w połowie drogi się poddajemy - ogranicza nas czas i za słabe przygotowanie na g...liniane warunki. 🙊 Latamy chwilę dronem, ale nawet on postanowia zastrajkować w tych warunkach i zaczyna się aktualizować... Rozumiejąc już, że los każe nam siedzieć w domu, pokornie wskakujemy na skutery i mkniemy w stronę miasta. Oddać skutery. Oraz pocieszyć się mrożonym jogurtem.


Garść informacji praktycznych:

  • skuter od Scooter Rabbit: 60 myr/doba (+ zwrotny depozyt 150 myr)
  • mrożony jogurt w Crowd 99 w Surya Mall: 8 myr
  • kino Growballs: 17 myr/os.
  • Sabah Art Gallery: 15 myr/os.
  • Sabah State Museum: 15 myr/os.
Glina. Wszędzie glina...
Takie fajne mieliśmy podłoże...





W połowie drogi na szczyt.


Meczet Bandaraya Kota Kinabalu.




Hej, a może pojedziemy na inny punkt widokowy? No chyba jednak nie...




Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu