Jak (prawie) popłynęliśmy do Brunei

A raczej jak NIE popłynęliśmy do Brunei, choć bardzo chcieliśmy szpanować w towarzystwie, że tam byliśmy. No bo hej! kto spośród Was albo Waszych znajomych był w Brunei? W Bru-ne-i? Od razu +100 do lansu. Innymi rzeczami nie zaimponujemy w towarzystwie, to chociaż dzięki wizycie u sułtana byśmy jakieś punkty zgarnęli. 😂 

Internety twierdziły, że z Kota Kinabalu najłatwiej dostać się do Bandar Seri Begawan (czyli stolicy) samolotem Królewskich Linii Lotniczych Brunei. Jednak konieczność wydania za bilet powrotny ponad 1500 zł/os. szybko ostudziła nasz entuzjazm. Trochę za drogie by wyszły te punkty lansu. Drugi polecany środek transportu był o wiele tańszy - tak o ponad 1300 zł na głowę. 😂 Decyzję podjęliśmy w parę sekund - płyniemy promem! Pozostały tylko mały techniczny drobiazg, tj. zakup biletów.

Głównym portem pasażerskim Kota Kinabalu jest Jesselton Point Terminal. To stąd odpływają łodzie w kierunku okoliczych wysp oraz Brunei. Stąd planowaliśmy też wybrać się na wyspy należące do TARP (Tunku Abdul Rahman Park), więc tym chętniej wybrałam się do Jesselton Point na przeszpiegi. Pierwszy rekonesans spalił na panewce - biuro jedynych pływających do Brunei linii było zamknięte... Pracownicy nie robią tzw. d***godzin, tylko idą w południe do domu. Skoro łodzie wypływają z rana, to o 15 przecież nikt nie przyjdzie. Cóż. 😅 Za to otwarte były kantorki biur sprzedających bilety na wyspy TARP. Choć jest ich kilka, to cena w każdym jest jednakowa (zdjęcie poniżej) - zależy jedynie od liczby wysp, które planuje się odwiedzić. Można skakać z jednej wyspy na drugą w dowolnych odstępach czasowych. Trzeba tylko pamiętać, aby złapać ostatnią łódź do KK ok. 16. W osobnym kantorku można wykupić od razu dodatkowe atrakcje - kajaki, nurkowanie z butlą, snurkowanie, spacer po dnie morza i takie tam. 

TARP może poczekać - przecież to blisko, mamy czas, zdążymy tam popłynąć. (Oczywiście, że NIE zdążyliśmy...) Dla nas najważniejsze były bilety do Brunei. A konkretnie na malezyjską wyspę Labuan, z której pół godziny po przypłynięciu wzięlibyśmy prom do brunejskiego Serasa, skąd po 15 minutach autobusem miejskim udalibyśmy się do Bandar Seri Begawan. Pikuś. 😅 Dlatego następnego dnia wróciłam do portu przed południem. I tym razem nawet zastałam pracownicę! Co więcej - prom na Labuan faktycznie pływa. Co prawda po pandemii nie wypływa już codziennie, ale damy radę. Hurra! Czyżby w końcu zaczęło nam sprzyjać szczęście w Kota Kinabalu? 🤞🤞 Gdy tylko to pomyślałam, to pani dodała, że niestety nie pływa ten drugi prom, tj. z Labuan do Sarasa... Mało osób po covidzie korzystało, to postanowiliśmy go wyremontować. Właśnie teraz. Ale możemy popłynąć za 3 tygodnie... Tylko że za 3 tygodnie nas już tu nie będzie! Możemy w takim razie popłynąć na Labuan, spędzić tam noc, a następnego dnia wziąć lokalny prom do Serasa. Tego samego dnia się nie da - lokalna łódź odpływa wcześniej niż przypływa malezyjska... Nagle z 7-godzinnej podróży robią się już 2 dni. W jedną stronę! A w drodze powrotnej czekałoby nas to samo (nocleg na Labuan), bo promy znów się nie widzą

Tak oto prawie popłynęliśmy do Brunei.
A ja poszłam topić smutki w mrożonym jogurcie. Znowu.




Koszt podróży na wyspy TARP i Labuan.


Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu