Wzgórza Sandakanu

Sandakan od jednej strony jest otoczony wodą, a od drugiej - wzgórzami. Może nie jakimiś super wysokimi, ale można się zasapać w drodze na szczyt. W dodatku zwykle jedna strona wzgórza to po prostu klif, więc przed wspinaczką trzeba sprawdzić trasę. Niestety, często dedykowanych szlaków pieszych nie ma i idzie się po prostu wzdłuż drogi dla samochodów. 😕

Przedostatniego dnia postanowiliśmy w końcu spalić te wszystkie skonsumowane gofry i przejść się 5 kilometrów do świątyni Puu Jih Syh. No dobra, wiemy, że te 5 km nie spali wszystkiego, co przeżarliśmy, ale chociaż 3+ za postawę poprosimy. 😅

Obrzeża miasta nas nieco zaskoczyły. Centrum Sandakanu może nie prezentowało się szałowo, ale jednak wydawało się, że nie mieszka się tutaj tak źle. Natomiast od wysokości Biblioteki Regionalnej zaczęliśmy zwiedzać slumsy. Nie byliśmy jednak sami. Towarzyszyły nam na zmianę warany oraz machające do nas dzieci. Aż nas ręce rozbolały od ciągłego odmachiwania.







To w Malezji też był PRL? 😂









Kiedy w końcu dotarliśmy główną drogą na wysokość świątyni, nie daliśmy rady znaleźć żadnego magicznego przejścia dla pieszych. Liczyliśmy, że będą tu jakieś schody dla wiernych, żeby szybko podejść pod górę. Schody były, ale dla turystów i w postaci braku ludzkiego podejścia. Od tego momentu szliśmy poboczem drogi, a czasem nawet i po prostu drogą, gdy pobocza nie było. Jeden zakręt, drugi zakręt, przerwa na sapanie i idziemy dalej. Strasząc przy tym biedne warany, które chowały się w krzakach. Oraz alarmując rzeszę psów po drodze. Dobrze pilnowały! Szybciutko mijaliśmy ich podwórka - zwłaszcza te z otwartymi bramami... 

Gdy już uzyskaliśmy odpowiednią wysokość przelotową, to na drodze zaczepił nas dostawca Graba. Łamanym angielskim wytłumaczył, że musi dostarczyć jedzenie do tego tam domu obok, ale na posesji są psy i on się ich boi. To może my zajmiemy się pieskami, a on w tym czasie dostarczy jedzenie? Przyjrzeliśmy się psom i... lepszym angielskim podziękowaliśmy za propozycję. 😅 Niech zadzwoni do właściciela, żeby wyszedł. My mamy jeszcze świątynię do zobaczenia, zanim staniemy się karmą dla psów.

Dotarliśmy w końcu do świątyni. Najdłuższą możliwą trasą, ponieważ zamiast elegancko przejść sobie schodkami obok szkoły SJK(C), tak jak Google kazał, posłuchaliśmy lokalsa, że musimy iść dalej, bo schodami przejścia nie ma. Co prawda wymagało to wejścia komuś na podwórko, ale hej! Skoro bramy nie mieli, to można przejść? Można! 

Po dotarciu do świątyni dostaliśmy 4 butelki wody od kościelnego. Chyba wyglądaliśmy na zmęczonych. 😆 Panorama jednak wynagrodziła ten trud. Do tego stopnia, że Niemąż nawet postanowił dronem polatać po okolicy. On sterował dronem, a ja wypatrywałam pikującego jastrzębia, bo nagle na niebie pojawiło się sporo łownych ptaków. Sprawy nie ułatwiała pozycja Niemęża kryjącego się za kolumną, żeby nikt go nie wyrzucił. W końcu trochę głupio ze świątyni dronem latać... No ale sami sobie winni - nie było żadnych tabliczek o dronach!


Garść informacji praktycznych:

  • Puu Jih Syh: wstęp bezpłatny
  • minibus ze świątyni (tj. z przystanku przy głównej drodze) do centrum: 2 myr/os.

To on nas chciał rzucić psom na pożarcie!


Ostatnie podejście!




Strażnik dobrze pilnował. Przynajmniej mogliśmy dronem latać. 😋


Pani bardzo była zainteresowana, dlaczego tak długo tu siedzimy.











Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu