Niemąż pracuje, więc Nieżona się szlaja. 😁 Oczywiście, że pierwsze kroki skierowałam pod Petronas Towers. Wiecie, że tam był Szaruk? I Arjun? Na pewno nie wiecie, więc muszę Wam powiedzieć. Tam na łączniku między wieżami był Szaruk! I Arjun! 😂 Jednak PT zasługują na osobny wpis (z tzw. pierdyliardem zdjęć). Dziś tylko parę fotek z mojej dalszej włóczęgi ulicami Kuala Lumpur. Choć mieszkamy tu wśród wieżowców, które nieuchronnie przywołują na myśl architekturę Singapuru, to stolica Malezji jest zaskakująco... niska. Tzn. są tu wysokie budynki, ale raczej nie jest to dżungla wieżowców, a co najwyżej sawanna. Zaledwie co kilkanaście (albo i -dziesiąt) budynków niespodziewanie wyrasta jakiś drapacz chmur.
W dodatku centrum KL można śmiało całe przemierzyć na nogach. Przechodzenie na drugą stronę ulicy stanowi co prawda wyzwanie w paru miejscach (zwłaszcza w okolicach głównego dworca kolejowego). Jednak jeśli ktoś jest urodzonym piechurem (jak ja), to Kuala Lumpur jest świetnym miastem do błąkania się bez celu. Uliczki wiją się podstępnie, ale ciężko się zgubić i wylądować gdzieś naprawdę daleko od domu.
A jeśli ktoś nie lubi maszerować, to za parę ringgitów może przejechać się metrem. KL ma nieźle rozwiniętą sieć transportu miejskiego, więc wszędzie da się dotrzeć. Podobnie jak w Singapurze - koszt zależy głównie od odległości. Im więcej przejeżdżamy przystanków, tym więcej płacimy. Niektóre (szybsze i pozamiejskie) wychodzą drożej, jednak ceny nie zabijają. Trzeba tylko pamiętać, aby mieć ze sobą gotówkę - w żadnym automacie nie mogłam zapłacić za bilety kartą. Choć inna kwestia, że za dużo nie jeździłam, więc może po prostu miałam pecha.
 |
Widok ze stacji Pasar Seni.
|
 |
Petaling Street, czyli najbardziej znany market w mieście. Ubrania, jedzenie, okulista - co komu potrzebne.
|
 |
Masjid Jamek.
|
 |
Murale nad rzeką Klang (w okolicach meczetu Jamek).
|
 |
Główny dworzec kolejowy KL. |
Komentarze
Prześlij komentarz