Doi Suthep - podejście nr 2
Pierwsza próba wejścia na Doi Suthep spaliła na panewce. Spektakularnie! Ponieważ porażka to tylko odroczony sukces, to postawiliśmy podjąć kolejną próbę. A jako że ssaki uczą się na swoich błędach, to tym razem wypożyczyliśmy motocykl. 😅
Niby motocyklów w Tajlandii jak mrówków i bez problemu powinniśmy jakiś znaleźć. Jak się okazało - nie po 18. Po 18 wszyscy są pozamykani, otwarte pozostają jedynie warsztaty przy okazji (w knajpie, sklepie z durianami, u fryzjera). Zasmuceni wizją zrywania się z rana w celu tuptania przez pół godziny do pierwszej otwartej wypożyczalni wracaliśmy do domu z naszej knajpy. Aż tu nagle za zakrętem... wciąż otwarta wypożyczalnia. Tzn. Niemąż był przekonany, że tylko warsztat. Tylko że w Tajlandii zawsze jest coś przy okazji. Knajpy nie widzieliśmy, więc co innego mogłoby być przy okazji? Jasne, że wypożyczalnia. I faktycznie była! 😆 Co prawda mieli 6 sztuk na krzyż, upchniętych na tyłach, ale mieli. Wybraliśmy motocykl, który najbardziej nam się podobał (czyli jedyny nieporysowany). Niemąż rzuca okiem, że wszystko ok, więc chce podpisywać umowę, ale ja twardo obstaję przy swoim, że wszystko trzeba sprawdzić. Przekręca kluczyk i... silnik nie odpala. Jeszcze raz - nadal nic. Chyba jednak tego egzemplarza nie weźmiemy. Pracownik się zafrasował, że mu tu zaraz klient ucieknie, porusza motocyklem, próbuje jeszcze raz i... działa! Czyli sprawdza się zasada, że jak nie pomoże wd40 ani szara taśma, to dobre walnięcie załatwi problem. 😅 Podpisujemy umowę? Ta...nie. Proszę pana, bo tu coś światło jedno mruga. O, w ogóle przestało świecić! A po co komu dwa światła, przecież jedno wystarczy - próbuje nas przekonać, ale jakoś nie przyszło mu do głowy, że Europejczycy jednak lubią, jak im wszystkie światła działają. 😂 Pan znów się zafrasował - tym razem energiczne potrząsanie nic nie dało, więc wybieramy drugi motocykl. Pan postanawia wykorzystać ten czas i przy okazji (hehe) sięgnąć po wkrętarkę i od razu zreperować felerny motocykl - w końcu pracuje w warsztacie, to głupio trzymać niedziałającą maszynę. Teraz Niemąż już dokładniej ogląda sprzęt. W tym modelu światła działają, ale jest problem z otwarciem siedzenia. A jak już jest otwarte, to się potem nie domyka. Oczami wyobraźni widzę, jak przy pierwszym podbiciu wylatujemy niczym z katapulty. Ja jednak poproszę o w pełni działający motocykl. (Napisałabym motor albo skuter, ale mnie zaraz Niemąż ofuka, że to przecież nie to samo.) W tzw. międzyczasie jak spod ziemi wyrasta właścicielka, żeby spisać umowę. A po chwili czekania pojawia się także jej tłumaczka, która niby mówi po angielsku, ale łatwo nie jest. Chwilami jesteśmy pewni, że mówią do nas po chińsku.
Po prawie godzinie wyjechaliśmy z warsztatu motocyklem z czymś w oponie (a co to tutaj z opony wystaje? A nic takiego, zaraz to utniemy) oraz z niedziałającym prędkościomierzem (taki tajski standard). Dojechaliśmy do domu w jednym kawałku, więc pełni optymizmu zaczęliśmy się przygotowywać do zwiedzania świątyń następnego dnia.
![]() |
| Z naszą czerwoną strzałą. Maseczki czasem się przydają nawet podczas jazdy. |
Skoro mamy środek lokomocji (inny niż własne nogi), to podbijamy stawkę i do dwóch świątyń dorzucamy jeszcze wodospad Huaykeaw. Po 30 minutach jazdy docieramy pod nasze ulubione zoo. Skręcamy w lewo zaraz za nim i... źle skręciliśmy. Trafiliśmy pod świątynię, której nie ma na Google maps, przy ulicy, której nie ma na Google maps, na której jest parking, którego nie ma na Google maps. 😅 Przynajmniej świątynia jest ładna.
Na szczęście jesteśmy blisko wodospadu, więc przedzieramy się znów przez czyjeś podwórko i już jesteśmy na uliczce prowadzącej do wodospadu. Mijamy budkę strażnika wodospadu (pustą - jakżeby inaczej), tabliczkę przypominającą o konieczności noszenia maseczek (którą zarówno my, jak i autochtoni ignorujemy - jesteśmy w końcu na świeżym powietrzu) i docieramy do zbiornika wodnego... Niemąż niepocieszony, że przecież miał być wodospad, a tu ledwo jakiś mały próg wodny. Gdzie ja go przywiodłam? 😆 Kilkadziesiąt kroków i parę mostków dalej jednak mu przeszło, bo oto ukazuje sie nam prawdziwy wodospad. A Niemąż... Niemąż jak na dziecko natury przystało ściąga buty oraz koszulę i zaczyna się wspinać po kamieniach w górę wodospadu. Wzbudził tym chyba odruchy patriotyczne u dwóch Tajów, bo po chwili też zaczęli chodzić po kamieniach. Tylko u stóp wodospadu. I zapomnieli zdjąć wcześniej buty, co skończyło się akcją ratunkową uciekających japonek. 😂
Przez godzinę próbowaliśmy się też wspiąć na szczyt wodospadu, ale w połowie się poddaliśmy. Problemem okazały się zbyt słabe jak na te warunki buty (przydałyby się trekkingowe) oraz zwalone na ścieżkę wielkie liście palmowe i gałęzie. Zatem jeśli się tam wybierzecie (a warto), to pamiętajcie o porządnych butach i czymś na komary - w Tajlandii raczej nie ma z nimi problemu, ale na tej ścieżce dawały się nam we znaki.
![]() |
| Buty z porządną podeszwą przydadzą sie z jeszcze jednego powodu.😞 |
Wodospad odfajkowany, więc czas na świątynię nr 1, czyli Wat Pha Lat. Droga do niej wije się pod górę. Są znaki na WPL, ale trzeba być czujnym, bo tuż przed zjazdem do niej znaki znikają. 😅 Tuż przy zjeździe jest jeszcze inna świątynia, przy niej jest droga wijąca się w dół - po tym najłatwiej poznać, że to tu trzeba zjechać. WPL to taka świątynia, jaką chce się zobaczyć w środku dźungli. W dodatku wejście jest bezpłatne. Chyba - nie widzieliśmy nigdzie cennika, nikt też za nami nie gonił, a celowo wchodziliśmy na teren baaaardzo wolno. Jeśli będziecie w CM, to koniecznie tam pojedźcie! (Albo spróbujcie wejść Szlakiem Mnicha.)
Przed nami jeszcze ostatni punkt programu, czyli teoretycznie największa atrakcja - Wat Doi Suthep. 20 minut ostro pod górę i jesteśmy na miejscu. Od razu widać, że to WPL jest świątynią dla mnichów, a Doi Suthep dla wyznawców. Świadczą o tym tłumy! Po wejściu na górę schodami ze smokami i zakupieniu biletów (tak, tutaj jest komercja, więc trzeba kupić bilet) weszliśmy na teren kompleksu. I wszystko zaczęło robić do nas bling-bling. Nigdy tyle złota w jednym miejscu nie widziałam, a byłam w Złotej Świątyni w Amritsarze. 😂 Obojgu nam jednak Wat Pha Lat bardziej przypadła do gustu - spokojniejsza, bardziej zanurzona w naturze i duchowości buddyjskiej. Nieco magiczna.
Garść informacji praktycznych:
- wynajem motocykla: 200 thb/doba (zastaw: paszport lub 2000 thb)
- Huaykeaw Waterfall: wejście za darmo, weźcie dobre buty (jeśli chcecie wejść na szczyt)
- Wat Doi Suthep: 30 thb/os.
- Wat Pha Lat: wejście za darmo.
















































Komentarze
Prześlij komentarz