Doi Suthep: "pierwsza krew"

Jedną z największych atrakcji w okolicy Chiang Mai jest Wat Phra That Doi Suthep Ratchaworawihan. Świątynia znajduje się na wzgórzu Doi Suthep tuż za miastem, stąd jest nazywana po prostu Doi Suthep. Po drodze do niej można jeszcze zajrzeć do mniej znanej Wat Pha Lat. Kiedyś była to główne miejsce postojów i modlitw wiernych idących do Doi Suthep, ale po zbudowaniu porządnej drogi do głównej świątyni Wat Pha Lat stała się już raczej świątynią dla mnichów. A że prowadzi do niej (stosunkowo) łatwy szlak, to postanowiliśmy się przejść Szlakiem Mnicha i zobaczyć obie świątynie.

Wstaliśmy wcześnie. Po 15 minutach marszu w kierunku centrum (czyli będąc już prawie w centrum) znaleźliśmy songthaewa, który zabrał nas na start szlaku. Tak nam się przynajmniej wydawało. Przez 5 minut uskutecznialiśmy pantomimę, próbując przekazać kierowcy, że chcemy na szlak do świątyni, a nie do samej świątyni. Ani on, ani siedząca obok niego żona nie znali angielskiego. Wyglądali bardziej jak para emerytów, która w niedzielny poranek wybrała się ciężarówką po warzywa na obiad. A że faktycznie była niedziela... 😂

Początkowo pan jechał zgodnie z trasą pokazywaną przez Google Maps. Do czasu, gdy przejechał zjazd z drogi. Hm... No dobra, może inną trasą chce wyjechać. Jeszcze ma to sens. O, tu zaraz na pewno skręci w lewo! Pojechał prosto... Coś faktycznie kiepsko ten zjazd wyglądał, jakby drogę remontowali. No teraz to już na pewno skręci w lewo - minimalnie nadłoży, ale nadal ma to sens. Czy muszę wspominać, że pojechał prosto? Na tym etapie stwierdziliśmy, że trudno - niech nas wiezie, dokąd chce, choćby i pod samą świątynię. 😅

Wg Google Maps wejście na szlak znajduje się tutaj. Zostaliśmy wysadzeni mniej więcej tu - 4 kilometry dalej... Z centrum mielibyśmy 5-6 km. W dodatku zapłaciliśmy po 50 thb, bo to obrzeża miasta. Za 30 bahtów pan jeździ tylko po centrum. Cóż... za gapowe się płaci - nie zapytaliśmy przed wejściem na pakę, ile nas ta przyjemność będzie kosztować. 

Czas ruszać! 4 kilometry - taka dobra rozgrzewka przed wejściem na szlak. (Gorzej, że w pełnym słońcu.) Opędzamy się od naganiaczy minibusów i songthaewów jadących na szczyt góry i kierujemy się w stronę Szlaku Mnicha. Trasa w teorii łatwa - obchodzimy jezioro (staw?) Ang Kaew, mijamy uniwersytet i ciach - jesteśmy na szlaku. Wg Google'a trasy w Azji zawsze są takie proste. Wg maps.me też. Ale życie - cóż, życie NIE jest takie proste. 😂

Wchodzimy na drogę, która ma nas przeprowadzić wokół jeziora. Tak nam się przynajmniej wydaje. Idziemy przez błoto, mijamy ganiające się wokół nas kurczaki. Dochodzimy do jakichś zabudowań, ale widać wciąż ślady kół, więc twardo idziemy dalej. Są ślady, czyli jest droga. Zabudowa robi się coraz gęstsza, zresztą błoto też. Oprócz kurczaków wokół nas ganiają jeszcze kurczęta. Zabudowa znów gęstnieje. Przejścia brak. Od 5 minut grasujemy po czyimś podwórku. Być może nikt do nas jeszcze nie wybiegł, bo te domy zbudowano na dziko. Mamrocząc pod nosem, że jak to tak można tak postawić dom na środku drogi, wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje. Po przejściu 5 kroków główną szosą znajdujemy naszą drogę. Tak nam się przynajmniej wydaje. 😅 Rozkopaną i na ogrodzonym terenie... A na mapach tak ładnie (dostępnie) wyglądała. 

Docieramy w końcu okrężną drogą na teren uniwersytetu. Właściwie sami nie wiemy, jak się na nim znaleźliśmy - szliśmy drogą i nagle budynki zaczęły mieć tabliczki z nazwami wydziałów. Za kantyną (jak z horroru, biedni studenci!) Niemąż wpada na pomysł pójścia na skróty. Przecież tutaj dwie drogi idą tak blisko siebie - pewnie samochodem się nie da, ale na nogach przejdziemy przez jakiś trawnik i już. Przemy zatem przed siebie do tego wymyślonego skrótu. Prosto na chaszcze i chyba mur, a na pewno śmietnik. Trudno, trzeba zawrócić i iść po Bożemu. Dochodzimy do Wydziału architektury. Tuż za nim wg map Niemęża powinna przechodzić droga, a za nią czekać już ścieżka prosto do Szlaku. Tak mu się przynajmniej wydaje. 😂 (To mantra tego dnia.) Budynek wydziału faktycznie był, gdzie miał być (nawet otwarty na oścież, ale nie poszliśmy zwiedzać). Droga też. Ale pomiędzy nimi stała jeszcze brama. Zamknięta na kłódkę i łańcuch... W tygodniu zapewne jest otwarta na oścież i da się nią przejść. Tylko nikt nie poinformował maps.me, że w niedzielę się nie da. 😂 (Na tym etapie muszę podkreślić, że wg Google'a w ogóle się nie da. Niestety, Niemąż nie ufa G.)

 Zatem zamiast przejść się Szlakiem Mnicha:

  • wbiliśmy się komuś na prywatne podwórko
  • przeszliśmy wzdłuż i wszerz cały kampus uniwersytetu w CM (mają nawet wydział górnictwa!)
  • znaleźliśmy knajpę z dobrym pićkiem, w której pobawiliśmy się z psem właścicielki
  • uprażyliśmy się w długich ciuchach (ja) i butach trekkingowych (oboje) - byliśmy przygotowani na zacieniony las pełen komarów.

Właśnie tak upłynęło nam pół dnia. Co więcej, w tym czasie nie zobaczyliśmy nawet jednego mnicha. 😂 

PS Nie, krwi nie było. To tylko nawiązanie filmowe. Kiedy przedzieraliśmy się przed podwórka, to byliśmy niczym Rambo. Tak nam się przynajmniej wydawało. 😂




Gdyby komuś zapomniało się, jak wygląda rodzina królewska.





Garść informacji praktycznych:

  • songthaew w okolice zoo: 50 thb/os.

Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu