Borneo welcome to!
Na Borneo lecimy z lotniska, które jest uznawane za jedno z najpiękniejszych lotnisk świata, m.in. z powodu sztucznego wodospadu. Kiedy przylecieliśmy do Singapuru, nie mieliśmy możliwości zgubienia się i pozwiedzania lotniska - mogliśmy przejść tylko do urzędu imigracyjnego i taśm bagażowych. Tym razem planowaliśmy to nadrobić.
Plan był prosty - zajeżdżamy na lotnisko 3h przed odlotem, żeby mieć czas na beztroskie szlajanie się. Niestety, 20 minut straciliśmy na szukaniu Graba. A raczej na oczekiwaniu, że ktoś zaakceptuje nasz kurs. Potem jeszcze kolejne 20 minut czekania na samą taksówkę i finalnie z domu wychodzimy 30 minut później... Trudno, nie będzie czasu na dogłębne zwiedzanie, no ale chociaż sobie wodospad zobaczymy. Co nie? 😂
Na Bali lecimy linią Scoot. To taki singapurski Ryanair. W Polsce jest znany najlepiej z tego, że lata po tanioszce do Azji z Berlina. Co ciekawe, Scoot na singapurskim lotnisku ma własną sekcję do samodzielnej odprawy - sporą i nawet odgrodzoną od reszty taśmami. Oraz kilku stewardów przy wejściu do niej, którzy kierują do kiosków do odprawy. Niby fajnie (prawie prestiżowo), ale... trochę bez sensu, skoro oni tylko kierują do kiosków samoobsługowych. Ach, nie zapominajmy o jeszcze jednym - nieprzyjemnej pani przy stanowisku druku etykietek na bagaż. Pani, która daje słowne ujście swej irytacji, gdy ktoś próbuje w spokoju przeczytać komunikaty pojawiające się na kiosku. Niby wszędzie podobnie to działa, ale jednak lepiej chwilę się zastanowić i nie popełnić błędu niż potem odkręcać, prawda? Niestety, pani nie rozumie naszego podejścia. Ma być szybko! Szybciej! A kiedy faktycznie jest potrzebna, to jej nie ma. 😅
No dobra, bagaże wrzucone na taśmę (nawet to robi się bez udziału pracownika Scoot), więc idziemy w kierunku bramek. Najpierw jeszcze procedury imigracyjne (a właściwie emigracyjne, też w postaci automatycznych bramek), potem security... Ej, ale gdzie jest security check? Gdzie straż i skanery? Nie ma! To się dopiero nazywa pełne zaufanie. 😆 Ok, to teraz na wodospad!
Tu powinno pojawić się zdjęcie wodospadu. Ale się nie pojawi. Opinie w internecie kłamią. Te wszystkie cuda (z wodospadem włącznie) NIE stanowią części lotniska. Tzw. Jewel to centrum handlowe obok lotniska, więc po przejściu check-inu oraz imigracyjnego jest już po ptakach. Nadal można przejechać się pociągiem między terminalami albo przejść łącznikiem, żeby podziwiać wodospad z galerii na górze. Trzeba jednak dać sobie na to minimum ekstra 45 minut. My już nie damy rady. Ja jeszcze próbuję dobiec (dosłownie), ale brakuje mi co najmniej 25 minut. Zwłaszcza że nasz terminal jest tym najdalej położonym od Jewel. No trudno, trzeba będzie wrócić do Singapuru. Ojej, jak mi przykro! 😁
Dobrze, że odpuściliśmy wodospad, ponieważ okazuje się, że kontrola bezpieczeństwa jednak na lotnisku ma miejsce. Tyle że dopiero przed samą bramką. Zatem protip - stawcie się na boarding o wiele wcześniej niż normalnie! Na szczęście szybko idzie, ale jednak zajmuje to niektórym nawet ekstra 30 minut. I drugi tip - nie wkładajcie zakładki do książki do notatnika, bo za bardzo przypomina... nóż. Chyba jednak aż tak bardzo nie ufają tutaj ludziom. 😂
Lot do Kota Kinabalu upłynął nam spokojnie, choć mieliśmy kilka obiekcji do linii Scoot. A konkretnie dwie:
- między środkową a zewnętrzną warstwą okna zalęgły się jakieś robaczki (choć dla Niemęża był to plus - miał co fotografować... Ale nie wstawię zdjęć, o nie!)
- troszkę prowizorką w paru miejscach wiało... Dobrze, że skrzydeł tak nie kleili. 😂
![]() |
| Jakiś singapurski albo malezyjski McGyver musiał na to wpaść. 😅 |
Po przylocie do Kota Kinabalu przez urząd imigracyjny przeszliśmy w 5 minut. Może to kwestia godziny (dotarliśmy po 21), a może po prostu sprawnych urzędników mają. Nawet o nic nie pytali - szybko wbili pieczątki i już. Jesteśmy w Malezji! 😁 Choć na pewno ułatwiły nam to polskie korzenie - obywatele Polski mogą sobie wjeżdżać do Malezji prawie z marszu. Żadnych wiz, żadnych dodatkowych deklaracji, rezerwacji hoteli czy nawet biletów wylotowych. Sam paszport wystarczy. Przynajmniej tutaj nie miałam stresów jak w Singapurze. Uff!
Zaraz następnego dnia rano mamy lot do Sandakan (będziemy oglądać orangutany), więc hotel zarezerwowaliśmy jak najbliżej lotniska, żeby nie tracić czasu na dojazdy. Do noclegu mamy trochę ponad kilometr. Niewiele, ale było późno, a my zmęczeni, więc nawet Niemąż twierdzi, że trzeba brać taxi. Nie chce mu się iść. W końcu ile zapłacimy za taki kawałek?
25. Tyle ringgitów sobie życzą w oficjalnej budce taxi tuż za wyjściem z lotniska. 25 to cena minimalna z lotniska podobno. O ile przy taśmach bagażowych jeszcze jest bezpłatne wifi, to przy wyjściu już go nie ma, więc nie możemy zamówić sobie taniuśkiego Graba. Trudno, 25 zł nas nie zbawi, za to każda minuta snu więcej tak. Udajemy się zatem w najdroższą trasę życia (per kilometr).
Garść informacji praktycznych:
- lot Singapur-Kota Kinabalu: 495 zł/os.
- nocleg w KK w OYO 90467 Grapevine Garden: 92 myr/noc, na 1 noc ok, w lobby jest darmowe wifi, w nocy trzeba wydzwonić na Whatsappie recepcjonistę - taka to recepcja 24h 😝
- taxi z lotniska: minimum 25 myr 😤
- Grab OYO-lotnisko: 8 myr.

Komentarze
Prześlij komentarz