Jesteśmy w Medio... tzn. w Kathmandu!
Zwiedzanie Kathmandu zaczęliśmy od... hotelowego łóżka. 😅 Kiedy jednak ruszyliśmy w końcu na miasto, to zaczęliśmy od pobliskiej galerii sztuki - Museum of Nepali Art. Powiem krótko - oboje zakochaliśmy się w tym muzeum. Jest pod każdym względem w punkt.
Po pierwsze, jest fantastyczna klima! 😆 Każdy odwiedzający Nepal to doceni.
Po drugie - eksponatów jest akurat. Wystarczająco dużo, żeby było warto. Wystarczająco mało, żeby się nie znudzić. W wielu muzeach kustosze wrzucają na ekspozycję wszystko, co udało się zebrać. W efekcie oglądamy 20 identycznie wyglądających posągów czy kolumn. Tutaj nie ma tego efektu. Wystawiane są głównie obrazy, choć pojawiło się także parę rzeźb czy mebli. Wszystkie prace mają detale, na których można się skupić, poszukać niespodzianek, nawiązań. Równocześnie reprezentują różne gatunki, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Niby to tylko 3 pokoje, ale spędziliśmy tam godzinę.
Po trzecie, są ławeczki, więc można usiąść i poświęcić się obcowaniu ze sztuką (a nie biegowi od sali do sali). Obrazy są świetnie oświetlone, co jest rzadkością. Może nie widać tego tak dobrze na zdjęciach, ale widać na żywo, a to jest najważniejsze. Dodatkowo przy każdej pracy jest kod QR, który prowadzi do opisu danej pracy i autora. (Oczywiście, w muzeum jest też darmowe wifi, więc nawet na miejscu można sobie pobrać apkę do czytania kodów.)
A jeśli komuś wciąż będzie mało, to tuż za budynkiem muzeum znajdują się pracownie artystów. Można do nich śmiało wbijać i oglądać pozostawione tam prace. A nawet którąś kupić.
Drugą z polecanych nam przez wszystkich atrakcji jest Garden of dreams, czyli Ogród marzeń. Tzw. rzut beretem od hotelu, zatem obowiązkowy punkt na naszej liście. A raczej mojej - Niemąż stwierdził, że ogród jak ogród, szkoda pieniądze wydawać. Poszłam zatem sama i... ogród jak ogród, szkoda pieniądze wydawać. Dla Nepalczyków to atrakcja, ale u nas takich parków i neoklasycystycznych pałacyków zatrzęsienie, więc to raczej atrakcja dla znawców. Albo dla chcących uciec przed nepalskim smogiem i zaduchem - powietrze było tam fantastyczne. 😁 I w ogóle dobrze się tam siedziało w zieleni, tylko czy warto za to płacić aż 400 Rs.?
Co ciekawe, do ogródów zaglądają nie tylko turyści, ale także zakochane pary. Każda ławka była zajęta przez młodych, chociaż poszłam tam w środku dnia w środku tygodnia. Najwyraźniej w Nepalu studenci też się urywają z zajęć i mają ważniejsze rzeczy do roboty. A dokąd iść na randkę, jeśli nie do Ogrodu marzeń? 😍
Zbliżam się już do wyjścia z ogrodu, kiedy zaczepia mnie starszy pan w garniturze. Pokazuje mi wyraźnie legitymację zawieszoną na szyi i przedstawia się - jest dziennikarzem w lokalnym czasopiśmie. Pokazuje nawet jej egzemplarz. Rozmawia ze mną chwilę, czy podoba mi się Nepal i co mam w planach. Pryznaje, że zaczepił mnie, bo w gazecie publikują wypowiedzi turystów odwiedzających Kathmandu. Może chciałabym też coś napisać, żeby mieli materiał do publikacji.
I kiedy mam już powiedzieć tak, chętnie, super inicjatywa, wchodzę w to, z ust starszego pana padają najgorsze możliwe słowa, które momentalnie studzą mój zapał.
Ma Pani 200 Rs.? Tyle kosztuje moja gazeta. Dam ją pani, tutaj są dane, żeby wysłać artykuł.
W tym momencie dociera do mnie, że jednak Nepal jest podobny do Indii. Nikt nigdy nie próbował mi tam niczego wyciągnąć z torby. Natomiast próbowano mnie oszukać, np. podając 10x wyższe ceny i czekając, czy się zorientuję. Nie ma napaści fizycznej, jest raczej napaść na intelekt. Najsilniejszym orężem jest umysł. Skoro zatem umysłem atakują, to i umysłem można (i trzeba) się bronić.
Eeee, niestety, nie mam, portfel ma mąż, został w domu. (Wiadomo, jestem kobietą, więc to oczywiste, że wszystkie pieniądze trzyma mąż!) Ale mam telefon - o, właśnie zrobiłam zdjęcie, mam dane, żeby wysłać artykuł. Gazeta już niepotrzebna,
Wychodzę szybko z ogrodów, wykręcając się koniecznością zrobienia obiadu dla męża. Nie napiszę artykułu, nie ma sensu. Pan zapewne kupił stary egzemplarz za ułamek tej ceny i teraz naciąga turystów. Jest to słodko-gorzkie zakończenie dnia. Z jednej strony, zrobiłam unik niczym Mohammad Ali. Z drugiej - ciężko mi uwolnić się od myśli, że może życie zmusiło tego pana do obrania takiej drogi. 2 turystów się uchroni, ale 3. się nabierze. I tylko dzięki temu pan zje ciepły obiad...
Garść informacji praktycznych:
- MONA (Museum of Nepali Art) - wejście za 500 Rs./os., otwarte codziennie. Za darmo można za muzeum wejść do pracowni artystycznych i je pozwiedzać. W trakcie naszej wizyty tylko w jednej ktoś pracował, w pozostałych były wystawione prace na sprzedaż. WARTO!
- Garden of dreams - 400 Rs./os.
- w okolicy hotelu stołowaliśmy się głównie w
- Gaia - taniej niż w Polsce, ale drogo jak na Nepal. Stoliki na wewnętrznym patio, jedzenie (i napoje) smaczne. Trochę kuchni lokalnej, trochę indyjskiej, trochę zachodniej.Wieczorami robiło się tłoczno, więc lepiej przyjść o 18 niż 19.
- Kantipur - taniej niż powyżej, wystarczająco dobro (choć menu to trochę ruletka). Niemąż poleca za cenę, ja (jako wielbłąd) - za napoje. Duży wybór, dobre, a na wynos dają w szklankach. Kaucja zwrotna 200 Rs. 😆 Potrafiliśmy iść na jedzenie do innej knajpy, a potem wrócić tutaj na lassi.
- naszym hotelu (Dream Nepal) - śniadania ok, ale jednak na obiady woleliśmy chodzić w inne miejsca. Jakoś dla nas zawsze coś nie grało w ich jedzeniu.
![]() |
| Sizzlers w Gaia Restaurant. Przed jedzeniem było trzeba odczekać 5 minut - aż przestanie skwierczeć. 😅 |


















Komentarze
Prześlij komentarz