Po roku wygrzewania się w azjatyckim ciepełku przy średnio 30 stopniach na zewnątrz nie było innej możliwości - Europa po prostu MUSIAŁA nas rozczarować pogodą. Szwajcaria okazała się kriokomorą z 5 stopniami. 😂 Chociaż przynajmniej Oman Air się sprawdził i wszystkie nasze bambetle doleciały. Co prawda gdzieś po drodze ktoś otwierał nasze bagaże, ale niczego nam nie zarekwirowano. Albo było to coś na tyle nieistotnego, że nawet się nie zorientowaliśmy.
W Szwajcarii udało nam się załatwić 2 opieki nad zwierzakami. Najpierw mieliśmy spędzić dwa tygodnie pod Zurichem, opiekując się... polskim psem! W Singapurze mieliśmy kota wziętego od polskiej rodziny, tym razem trafił się polski psiak... Chyba zaczynamy widzieć pewien schemat. 😂 Właścicielami Karmelka jest polsko-włoska para. Prawdopodobnie wygraliśmy tym, że mogliśmy do psiaka mówić we wszystkich językach, do których był przyzwyczajony (czyli po polsku, angielsku i włosku).
Jako że u Karmelka mieliśmy stawić się dopiero następnego dnia z rana, to zostaliśmy na noc w okolicy lotniska. Zwłaszcza że mieliśmy do mieszkania bliżej stąd niż z centrum. I tu Szwajcaria dobiła nas drugi raz - za jedną noc w najtańszym hotelu w okolicy zapłaciliśmy tyle, ile wcześniej płaciliśmy za mieszkanie w centrum Udaipuru. Przez tydzień. 😅 Powrót do Europy bolał. Za to humor poprawił się nam podczas śniadania, bo po roku w końcu zobaczyliśmy prawdziwy chleb! I szamaliśmy go pełną gębą! Dobrze, że byliśmy pierwszymi na stołówce i nikt nas nie widział. Choć może dwoje Polaków jęczących z rozkoszy podczas zajadania się zwykłym chlebem z serem dostarczyłoby komuś sporo rozrywki.
Następnego dnia zostaliśmy solidnie obszczekani przez Karmelka - wiadomo, pilnował domu. Jednak pod koniec dnia chyba już nawet zapomniał o swoich poprzednich właścicielach. Żadnego smutania ani pisków - najważniejsza okazała się PIŁECZKAAAAAAA! A że dobrze (aka dużo) nią rzucaliśmy, to zostaliśmy szybko zaakceptowani jako nowi opiekunowie. Przy okazji Niemąż też się trochę poruszał zamiast siedzieć ciągle przed kompem. Musimy częściej obcych psów pilnować. 😂
Przebywanie przez kilka dni w kriokomorze skończyło się w jedyny możliwy sposób, czyli przeziębieniem. I jak to zwykle bywało - najpierw padł Niemąż, a po paru dniach przykładna Nieżona podążyła jego tropem. Najwyraźniej przez rok odwykliśmy od europejskiej zimnicy. P nawet zaczął tęsknić za Indiami. 😂 W praktyce przez pierwszy tydzień wychodziliśmy tylko na spacery z Karmelkiem i raz do sklepu. Raz. W drugim tygodniu było trochę lepiej, ale że naprawdę słoneczne mieliśmy raptem ostatnie 2 dni, to i ochota na zwiedzanie okolicy nie gościła często. Niemąż wolał odrabiać godziny w pracy, a ja jednego z tych słonecznych dni pojechałam na pół dnia do centrum Zurichu. Miasto jest ładne, ale... No wiadomo - Azja to nie jest, wszystko wygląda jak u nas w Polsce, więc parę godzin tuptania wystarczyło. 😋
Nasza opieka nad Karmelkiem kończyła się wieczorem, więc na ostatnią noc w Zurichu wróciliśmy do Ibisa. (Tu znów następuje jęknięcie obolałego portfela.) Następnego dnia z rana wsiedliśmy do pociągu i pomknęliśmy w stronę Genewy. A raczej miasteczka pod Genewą. Czekały tam już na nas dwie małe amerykańskie wariatki. 💕 Moją największą radością była jednak zmiana języka. Nareszcie wszystko rozumiałam! Nawet dla nieznających tego języka francuski po prostu brzmi przyjemniej niż niemiecki. Na tym jednak nasza radość tego dnia się nie kończyła. Nie dość, że gospodarz odebrał nas autem z dworca (litując się nad naszymi mięśniami), to jeszcze przed wyjazdem wziął nas na zakupy do miasteczka obok. Żebyśmy w spokoju (i po tanioszce) mogli kupić wszystko w Aldim, a nie w lokalnym sklepie osiedlowym za miliony monet.
Coda Szalona (chyba można się zorientować po zdjęciach 😂) i Junko Kleptomanka (bo w ramach okazywania uczucia kradła nam buty i ubrania) okazały się słodziakami, które od pierwszej chwili zaakceptowały zmianę opiekunów. Dziewczynki były przyzwyczajone do nowych twarzy w domu. A że w dodatku całkowicie daliśmy im zawładnąć naszym planem dnia, to tym bardziej staliśmy się najlepszymi opiekunami. Choć akurat przez pierwszy tydzień musiałam uczyć je, żeby chociaż do 12 nie szczekały, bo Niemąż musi pracować... Niestety, jak wszystkie małe pieski - były BARDZO głośne. Wystarczyło, że po drzewie u sąsiada przebiegła wiewiórka, aby postawić na nogi całe osiedle. Gdy psi alarm rozlegał się podczas spotkań online, Niemąż nie słyszał absolutnie nic. Poza psami, oczywiście. Ale że lepiej szukać rozwiązań niż się męczyć, to po tygodniu dom wyglądał tak:
- wszystkie zewnętrzne rolety były w ciągu dnia opuszczone (z salonu małe miały zbyt dobry widok na drzewa), choć niestety nie wszystkie okna owe posiadały
- do 12 (czyli oficjalnego końca pracy Niemęża) siedziałam zawsze w naszym pokoju na poddaszu - psiaki zwykle wolały mi towarzyszyć na łóżku zamiast siedzieć z P dwa piętra niżej
- w pokoju nie mieliśmy rolet, więc okna zostały zasłonięte czym się da, czyli ręcznikami i pościelą - ciekawe, co sobie sąsiedzi myśleli o (legalnych!) imigrantach z Polski 😂
- przez minimum 3h godziny dziennie po domu niosła się muzyka relaksacyjna dla psów z Youtube'a.
Za to po 12, gdy towarzystwo się już wyspało, zaczynało się szaleństwo. To chyba tłumaczy, czemu jakoś nie było mi po drodze nawet pół dnia spędzić na tuptaniu po Genewie. Jednak jako że w Szwajcarii i tak chcieliśmy po prostu przezimować, to w zasadzie nawet nam brak czasu na zwiedzanie specjalnie nie przeszkadzał. Łąki i pola za domem w połączeniu z obserwacją latających nad nami orłów/sokołów/jastrzębi dawały nam więcej frajdy niż wszystkie muzea Genewy. Chyba po prostu jesteśmy już starzy. 😂
Garść informacji praktycznych:
- Ibis Budget Zurich Airport: śr. 550 zł/noc za mały pokój 2-osobowy z łazienką i śniadaniem w cenie, plusem są śniadania wydawane już od 5 rano
- Trustedhousesitters: korzystaliśmy z ostatnich dni wciąż jeszcze aktywnej rocznej subskrypcji, wykorzystaliśmy ją rzutem na taśmę 😅
- bilet dobowy w Zurichu na strefy wokół lotniska: 8,80 chf/os.
- bilet dobowy w Zurichu (lotnisko+centrum): 16,60 chf/os.
- pociąg Zurich-Coppet: 68 chf/os.
- pociąg Coppet-Geneva Airport: 12 chf/os.
- lot Genewa-Warszawa linią PLL LOT: 1200 zł/os. (w tym bagaż nadawany i konkretne miejsca).
*W trakcie naszego pobytu 1 chf = 4,7 zł.
 |
Tak się nawiązuje więź z psem. 😂
|
 |
Pełne zaufanie do mieszkańców - towar leży sobie samopas, pieniążka wrzuca się do odpowiedniego pojemnika.
|
 |
Po co komu płot? Ważne, że jest furtka!
|
 |
Szybki wypad do centrum Zurichu.
|
 |
Jakoś nie pykło mi, że w kwietniu wyprawa do ogrodów botanicznych to średni pomysł... Tylko w Azji ma sens o każdej porze roku. 😅
|
 |
Kawałek Azji w Zurichu.
|
 |
Widok na Jezioro Zuryskie.
|
 |
Dworzec kolejowy w Zurichu zdecydowanie najlepiej prezentuje się z zewnątrz.
|
 |
W końcu Szwajcaria to nie tylko Milka, ale też Lindt!
|
 |
Każdy budynek ma tutaj schron.
|
 |
W komunikacji miejskiej nie wolno robić komuś afro, udawać słonia ani Elvisa, piłować desek ani siedzieć w rakach na butach. 😜
|
 |
Czyżbym miała konkurencję? 😆
|
 |
Ciocia, ciocia, tam jest wiewiórka!
|
 |
Zagadka, gdzie znikają nasze buty, szybko się rozwiązała...
|
 |
Zdjęcie mówi więcej niż tysiąc słów. 😂
|
 |
Dziunia ze swoimi skarbami.
|
 |
W szwajcarskich sklepach każdy może być swoim prywatnym mobilnym sprzedawcą. 😆
|
 |
Prawie jak w Dilwale Dulhaniya Le Jayenge. 💖
|
 |
Od razu można się zorientować, że polskimi liniami lecimy. 😂
|
 |
Po co siedzieć na kanapie, skoro można na cioci?
|
Komentarze
Prześlij komentarz