Trudny powrót do Europy

W ramach indyjskiej wizy można w Indiach przebywać max 90 dni ciągiem. Nasz kwartał się kończył. Jako że mieszkanie w Warszawie było wynajęte jeszcze przez miesiąc, to musieliśmy coś ze sobą zrobić przez ten czas. Mieliśmy do wyboru wyjechać z Indii i:

  • po jednym dniu wrócić jeszcze na miesiąc (niestety Niemąż oponował)
  • zostać gdzieś w tym fyrtlu - np. udać się na Sri Lankę albo do Wietnamu (Niemąż nadal oponował, bo miał dość upałów, tłumów i hałasu, a wszędzie w Azji by go czekały)
  • polecieć prosto do Polski - moglibyśmy siedzieć jednym lub drugim rodzicom na głowie (oboje oponowaliśmy 😆)
  • spędzić miesiąc w jakimś europejskim kraju (w ciszy, chłodzie i bez dzikich tłumów nazywających wszystkich swymi przyjaciółmi).

Jak widać, wybór był oczywisty. 😂 Początkowo myśleliśmy o grzaniu się we włoskim słoneczku, ale Niemąż przypomniał sobie wtedy, że hej! przecież ma znajomych w Szwajcarii i fajnie byłoby ich odwiedzić. Akurat musiał ich mieć w jednym z najdroższych europejskich krajów... 🙈🙉🙊
Oczywiście, że skorzystaliśmy ponownie z Trustedhousesitters! Udało nam się nie płacić za nocleg w Singapurze, to czemu nie miałoby i w Zurichu? No i faktycznie tak się stało. Mieliśmy stawić się u właścicieli psiaka w czwartek z samego rana, co w praktyce oznaczało, że musimy wylądować w Zurichu już dzień wcześniej.

Niestety, większość połączeń na trasie Delhi-Zurich jest obsługiwana przez drogiego Swissaira - bilety w jedną stronę oscylowały wokół 5 tysięcy złotych... Co ciekawe, do Polski polecielibyśmy za 2500-3000. Może jednak trzeba było mieszkać kątem u którychś rodziców. 😅 Udało nam się na szczęście dostać (tanie tańsze) bilety na rejs Delhi-Istanbul-Zurich od Indigo. A konkretnie pierwszy odcinek obsługiwany był przez Indigo, a drugi - przez Turkish Airlines. Jednak był to typowy code-share, więc mieliśmy odprawić się na wszystko z Indigo, nadać bagaże w Delhi i odebrać je już w Zurichu. Tydzień przed lotem przyszła pierwsza wiadomość o zmianie godziny wylotu. W Istambule mieliśmy 5h na przesiadkę, więc wylot z Indii 10 minut później nam nie robił. Potwierdziłam zgodnie z instrukcją Indigo, że akceptujemy zmianę. Potem podobna wiadomość przychodziła jeszcze przez 3 dni, jednak w aplikacji miałam wszystko potwierdzone, więc ot, jakiś bug w systemie do email marketingu. Indusi lubią spamować, więc nas to nie zaalarmowało. Zwłaszcza że 4. dnia przyszła wiadomość o zmianie przewoźnika na pierwszym odcinku - zamiast Indigo całość miały obsługiwać linie tureckie. Tym lepiej dla nas, bo Turkish ma wygodniejsze samoloty i lepsze jedzenie. Co prawda ich strona nie mogła odnaleźć naszej rezerwacji, bo mieliśmy jakiś dziwny numer lotu. No ale kupowaliśmy przez Indigo, więc może tak miało być. Choć na wszelki wypadek 2 dni przed odlotem jeszcze upewniłam się na OFICJALNYM CZACIE INDIGO, że wszystko jest ok i polecimy. Według pracownika mogliśmy spać spokojnie.

Lot mieliśmy o 7 rano, więc na lotnisko musieliśmy ruszyć ok. 2 w nocy. Kiedy dopiero co spakowani leżeliśmy na hotelowym łóżku, zastanawiając się, czy opłaca się kłaść spać na marne 2 godziny, ściany zaczęły się trząść... Przed wylotem zaliczyliśmy trzęsienie ziemi! 😅 Epicentrum było gdzieś na terenie Afganistanu, ale wstrząsy dotarły aż do Indii. Podobno w niektórych miejscach zawaliły się nawet jakieś budynki, a ludzie wybiegali spanikowani na ulice. My po prostu czuliśmy, jak wibrują ściany. Może jednak dobry hotel wybraliśmy? A nie, jednak nie. Po paru dniach mieszkania w nim rzekomo na naszą prośbę zmieniono nam rezerwację. Z 5 nocy wyszła 1 i w dodatku za 2 tygodnie... I jakoś nikogo w hotelu nie zastanowiło, że już od paru dni tam mieszkamy, więc ta (rzekomo nasza) prośba nie ma sensu. 😂 Pracownicy hotelu odpowiadali wcześniej na wiadomości w ciągu paru godzin, ale na ten temat jakoś nikt nie chciał z nami rozmawiać przez całą dobę. Zmieniło się to dopiero po zgloszeniu przez nas sprawy do Bookingu. Większość turystów pewnie machnęłaby ręką na tę zmianę, jednak trafiło na nas, a my... no cóż, nie lubimy, jak ktoś robi nas w wała. Nie zapominajmy, że za te 5 nocy mieliśmy dostać całe 30 złotych na konto Wizzaira w ramach ich programu partnerskiego. 

Zaliczyliśmy hotelowy szwindel, trzęsienie ziemi - teraz już pójdzie z górki, prawda? Prawda? PRAWDA? 😭 Rozsiądźcie się wygodnie w fotelu, bo główna afera dopiero się rozkręca. Indie bardzo, ale to bardzo nie chciały nas wypuścić.

Choć tego dnia wszystko szło na opak, to - o dziwo! - nasza taksówka stawiła się pod hotelem punktualnie o 2 w nocy. Delhijskie lotnisko jest bohaterem tysięcy memów w internecie. Żartuje się, że w kolejkach można tu zdążyć poznać partnera, wziąć ślub i urodzić dziecko. Średnio trzeba liczyć godzinę na wjazd na teren lotniska, kolejną godzinę na stanie w kolejce do drzwi wejściowych i jeszcze jedną na dotarcie do okienka odprawy. Nie dziwi już zatem chyba, czemu wyjżdżaliśmy o 2, choć lot mieliśmy o 7. 😅 Na miejscu kolejne szczęście - nie ma kolejki do wjazdu na parking! A kolejka do drzwi jest tak na 15 minut. Hurra, mamy ekstra półtorej godziny! Czyli tyle, ile staliśmy do odprawy...  W tzw. międzyczasie przeganiali nas z kolejki do kolejki 2-krotnie. Do tej pory nie wiemy, czemu co chwilę kolejki były przez pracowników mnożone i dzielone... Jednak mieliśmy czas, więc nawet wyluzowani dotarliśmy w końcu do odprawy Turkish Airlines. Pan wziął nasze paszporty, bilety, poskanował wszystko i uprzejmym głosem poinformował, że... nie ma nas na liście pasażerów! 😱😱😱 I nieważne, że mieliśmy mailowe potwierdzenia od Indigo, że lecimy Turkishem. Że 40 minut wcześniej pracownik Turkisha potwierdził nam, że stoimy w dobrej kolejce, bo MAMY BILETY NA TURKISHA, a nie IndigoNie ma nas i tyle. Mamy bilety na Indigo, więc to z nimi mamy z nimi gadać. Zostaliśmy przerzuceni niczym worki ziemniaków do okienek obok. Tylko po to, aby po odstaniu swojego dowiedzieć się, że... tak, dokładnie, MAMY BILETY NA TURKISHA! Panowie z przeciwnych obozów prawie się pobili, próbując przerzucić odpowiedzialność za nas na tego drugiego. Niestety, Turkish wygrał, co oznaczało, że status naszego potwierdzonego lotu Turkish Airlines zmienił się na odwołany przez Indigo... Pracownicy Indigo co chwilę pojawiali się i znikali, próbowali załatwiać przebukowania dla kilka osób równocześnie. Dochodziło do tego, że nawet prowadzili rozmowę przez 3 telefony w tym samym czasie. Chore, ale zamiast usiąść do kompa i wszystko ogarnąć, to też musieli dzwonić na infolinię... Zaoszczędzę już opisów scen, do których dochodziło w hali odlotów. Nadmienię tylko, że ja również bardzo głośno wyrażałam swoje zdanie i nawet okupowałam podłogę. Po konieczności opowiadania swojej sytuacji, podawania danych lotu itd. minimum 20 razy na godzinę każdy by okupował! Obawiam się, że moje zdjęcie zawiśnie na tablicy tych petentów nie obsługujemy. 😅 

Gdybyśmy olali te ich komunikaty... Ale nie olaliśmy. Potwierdziliśmy wszystko w aplikacji Indigo i tam cały czas stało jak byk, że lot się odbędzie. Dostaliśmy potwierdzenie akceptacji zmiany godziny. Potem potwierdzenie zmiany operatora. Potwierdzenie na czacie od ich pracownika, że wszystko jest ok i lecimy. Przed wyjazdem na lotnisko przyszedł nawet sms od Indigo z danymi lotu i przypomnieniem, żebyśmy się odprawili online dla naszej wygody! Mieliśmy pełne prawo robić sceny! Zwłaszcza że pan manager ds. obsługi klienta próbował załagodzić sytuację, mówiąc: Inni pasażerowie dostali informację i zmienili lot, a tylko te kilkanaście osób przyjechało dzisiaj na lotnisko. Czyli że nasza wina, bo zamiast przebukować lot potwierdziliśmy wszystkie zmiany zgodnie z instrukcją Indigo. 😅

Zaproponowano nam lot 3 dni później... Normalnie nie byłby to wielki problem, ale przecież w Zurichu czekał na nas Karmelek! Jeśli nie dotarlibyśmy do jego właścicieli w czwartek rano, to musieliby odwołać swoje wakacje - nie mieli z kim zostawić psa nawet na kilka godzin, a co dopiero na 3 dni. Ostatecznie sami znaleźliśmy sobie nowe bilety od Oman Air. I doszliśmy do wniosku, że jesteśmy w czepku urodzeni, bo:

  • mieliśmy wciąż indyjski numer telefonu (czyli internet) i pieniądze, żeby kupić od ręki nowe bilety - co mieliby zrobić zwykli turyści, którzy wszystko wydali na miejscu?
  • lot Delhi-Muskat-Zurich był praktycznie za te same pieniądze, pozostałe linie oferowały bilety już praktycznie tylko w klasie biznes za ok. 10 tys. zł/os.
  • odlatywaliśmy 3,5 h później, więc mimo całego tego chaosu Indigo mieliśmy czas, aby wszystko ogarnąć z Indigo przed odprawą
  • do Zurichu przylatywaliśmy w środę zaledwie godzinę później niż Indigo/Turkish, więc nadal spokojnie mogliśmy dotrzeć do hotelu, a następnego dnia do Karmelka
  • w przeciwieństwie do pozostałych linii Oman Air dopuszczał ten sam limit bagażu (2 torby nadawane/os.) i nie wymagał testów PCR!

Po prostu farciarze. Szkoda, że nie zagraliśmy tego dnia w totka! 😂 Od chwili przekroczenia progu lotniska do stawienia się pod check-inem Oman Air minęły ponad 3 godziny, bo... musieliśmy jeszcze załatwić zwrot pieniędzy od Indigo. W równie chaotycznych okolicznościach. Po 40 minutach najwyraźniej już zbyt głośno wyrażałam swoje zdanie, bo w pewnym momencie zostaliśmy wzięci na bok i w 5 minut wszystko załatwiono. 😅

Indigo odfajkowane, zatem mogliśmy stawić się już do check-inu Oman Air. Pan wziął paszporty i bilet, sprawdził coś w systemie, po czym spojrzał na nas tak, jak wcześniej patrzył pracownik Turkisha. O nie, znów nas nie mają? 🙈🙉🙊 Na szczęście mieli. Tylko kupując bilety 5 godzin przed odlotem, staliśmy się podejrzanym elementem... Dostaliśmy nawet eskortę. Pracownica linii najpierw przeszła z nami przez kontrolę bezpieczeństwa, po czym odprowadziła nas na spotkanie z celnikiem. Zgadza się - mieliśmy prywatną audiencję w urzędzie celnym! A raczej przesłuchanie - dokąd lecimy, po co, ile mamy waluty? Na szczęście ugryzłam się w język, zanim zapytałam której? Mieliśmy wciąż indyjskie rupie, malediwskie rufie, dolary amerykańskie, euro, złotówki, jakieś malezyjskie seny i singapurskie dolary. Byliśmy chodzącym kantorem. 😁 Na szczęście pan nie maglował nas długo - pewnie już doszły go słuchy o Polce, która robi awanturę, bo jej lot odwołali. 😂 Po dopełnieniu formalności pracownica linii odeskortowała nas do urzędu imigracyjnego i poczekała, aż nas przepuszczą, Być może wróciła potem zajmować się kolejnymi podejrzanymi elementami. A my mogliśmy w końcu odetchnąć. Lecimy (prawie) do domu!

Garść informacji praktycznych:

  • Ola z hotelu na lotnisko: 420 Rs./kurs
  • lot Delhi-Muscat-Zurich linią Oman Air: 3460 zł/os., polecamy bardzo - choć specjalne posiłki trzeba zamawiać min. 72h wcześniej (a nie 5!), to załoga załatwiła nam skądś wegetariańskie jedzenie, choć w standardzie były kurczak i baranina. 💓
Trzeba było wierzyć w znaki!


Polacy okupują lotnisko! 😂


Uffff! Uratowani!

Polskie akcenty są wszędzie!

Z rana nic się nie dzieje, to można przyciąć komara.


W Omanie też lubią rysować po ścianach. 😍





Komentarze

Prześlij komentarz

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu