Welcome to Nepal, my friend!

Czy zombie może się zzombić (zzombowieć?) jeszcze bardziej? Tak!

W naszej 32. godzinie bez snu dotarliśmy nareszcie do Kathmandu. Zmęczeni tak, że rozważaliśmy pozostanie na noc w samolocie. Przecież imigracyjny od tylu lat działa, to w jedną noc go nie zamkną, co nie? Niestety, niosło to ryzyko obudzenia się np. w Duszanbe, a do Tadżykistanu nam nie było po drodze. (Tym razem! Bo kiedyś się w te rejony wybierzemy.) Jak na złość jeszcze inni pasażerowie nas przepuszczali do wyjścia (czyżbyśmy wyglądali tak źle?), więc zwlekliśmy się i, powłócząc nogami, ruszyliśmy za resztą naszego stada. 

Pierwszy przystanek: sprawdzanie dokumentów wjazdowych

Razem z Niemężem jesteśmy zaszczepieni, więc znajdziecie tutaj opis wymagań dla tych, którzy przyjęli chipa Microsoftu. Bez niego trzeba się spodziewać dodatkowych restrykcji.

Do wjazdu do Nepalu wymagane są:
1. arrival form
2. on-arrival visa application (Polacy moga wyrobić wizę na miejscu, nie trzeba jechać do ambasady aż w Berlinie).

Jedno i drugie można (a nawet trzeba) wypełnić max 15 dni przed przylotem. Strony nepalskie w przeciwieństwie do odprawy Flydubai działają elegancko i są kompatybilne z Chromem. Uzbrójcie się jednak w cierpliwość. I dajcie sobie 2 dni - niekoniecznie pierwszego się uda.

Oczywiście, trzeba jeszcze przedstawić certyfikat szczepienia. W teorii powinniśmy mieć także potwierdzenie rezerwacji hotelu, ale podobno... od lat nikt go nie sprawdza. 😁 

Uzbrojeni w rzeczoną makulaturę stanęliśmy w kolejce. Panie przy stoliku były dwie, więc już oczami wyobraźni widzieliśmy swoją 33. albo i 34. godzinę bez snu. Sprawdzanie papierów zajęło im max 30 sekund. Serio. Raz, raz i zapraszamy do płacenia. Kolejny! Nie wiem, czy one w ogóle dały radę cokolwiek sprawdzić. Ale nie narzekaliśmy. W teorii Flydubai w Warszawie też sprawdzał papiery przed wpuszczeniem nas do samolotu - im zajęło to z 10 sekund. Panie najwyraźniej jednak się przyłożyły.

Drugi przystanek: płatność za wizę

Aktualny cennik można znaleźć na stronie urzędu imigracyjnego (link poniżej). Wiza turystyczna do 30 dni kosztuje $50. W necie znaleźliśmy informację, że można płacić też w rupiach nepalskich, ale ważne, żeby mieć gotówkę. Tak, jesteśmy w Azji - jedyny pewny pieniądz to GO-TÓW-KA. Bankomat obok okienka potwierdzał tę tezę kartką awaria.
Podchodzimy zatem ze stówką dolarów z czasów, gdy dolar stał jeszcze po mniej niż 4 zł. Pan jest niepocieszony. Przecież z Europy przylecieliśmy, to powinniśmy w euro płacić. Jak to nie macie w Polsce euro? Nawet w Nepalu się dziwią. Cóż... może za 10 lat. 😅

Oprócz euro przyjmują jeszcze m.in. japońskie yeny, chińskie yuany i kilka innych walut. Ale przeliczniki są... Hm... Jak tu być dyplomatycznym? Przeliczniki sa takie, że weźcie dolary. Ta sama wiza kosztuje 50 dolarów albo 50 euro. Może dlatego pan był tak rozczarowany, że jurkami nie chcemy płacić. 😉

Trzeci przystanek: nareszcie imigracyjny!

Nasz pliczek makulatury się powiększył i zawiera:

  • arrival form
  • on-arrival visa application
  • covid certificate
  • potwierdzenie opłacenia wizy.

W końcu idziemy po wizę do właściwego imigracyjnego. Na tym etapie teoretycznie jeszcze mogą nas nie wpuścić. Wyglądamy tak, że sami byśmy się nie wpuścili! Na szczęście już nie tak zmarnowanych turystów tutaj widzieli (no i w końcu zapłacone!), więc po głębokim spojrzeniu w kamerę (niczym z harlequina) dostajemy wklejkę i stempelek. Ciekawe, czy pan celowo umieścił ją obok starej wizy indyjskiej. Po sąsiedzku i w życiu, i w paszporcie. 😃

Czwarty przystanek: bagaże

Dotarły! Nasze 55kg bagażu znalazło się w Nepalu.* Co prawda na którymś odcinku ktoś grzebał przy naszych plecakach - po kiepskiej imitacji kokardek z pasków plecaka dziada nakryłam. Próbował, jednak nie da się tak łatwo podrobić moich kokardek. (Jeśli chcecie wiedzieć, czy grzebali, to wiążcie kokardki!) Na szczęście nic nie zniknęło. Najwyraźniej proszek do prania, skarpetki czy koszulki za 20 zł nie są zachęcającym łupem. (Zupełnie nie rozumiem dlaczego - to bardzo porządne dobra są.) Niestety, zepsuli mi przy tym sprzączkę. 😞 Jednak perspektywa wypełniania kwitków przez kolejną godzinę przegrała z wizją łóżka hotelowego. Mała rada od licencjonowanego pilota - jeśli zgubią/uszkodza bagaż, to trzeba dokumenty wypełnić jeszcze na lotnisku. Jak już wyjdziecie, to roszczenia będą z automatu odrzucane.

* Bez 50 gramów. Ktoś mi zarąbał sznurek do prania! Ja wiem, że to był dobry i doświadczony sznurek (sporo świata zwiedził), ale żeby zaraz rekwirować... Mam tylko nadzieję, że ktoś go kiedyś do Nepalu zabierze, żeby zobaczył te kwitnące rododendrony podczas suszenia czyichś koszulek lub majtek.

Piąty przystanek: pre-paid taxi

Ostatnia rzecz, która nam została przed pójściem spać - znalezienie transportu. Lotnisko w Kathmandu od naszego hotelu dzieliło ok. 5,5km, czyli jakieś... 25 minut jazdy taksówką. 😂 W teorii moglibyśmy wyjść przed terminal i się targować, ale byliśmy zbyt zmęczeni (33h na nogach). Wybraliśmy zatem najłatwiejszą, najszybszą i (prawdopodobnie) najdroższą opcję - prepaid taxi. Najpierw wizyta w kantorze (2 bankomaty utożsamiały się ze swoim starszym bratem obok i postanowiły zrobić sobie przerwę na kawę, sjestę albo 2 tygodnie). Pierwsze zaskoczenie - w Indiach trzeba się wylegitować i pokazać paszport. A w Nepalu? Nie, tutaj nie trzeba. 
Do czasu prośby o potwierdzenie wymiany. Wtedy paszport okazał się jednak potrzebny. 😄 Praca w kantorze ma swoje plusy - można kupić dolary za własne pieniądze i sprzedać, kiedy kurs podskoczy. Ciekawe, ilu turystów już dołożyło cegiełkę do takiej premii

Zaopatrzeni w gotówkę podeszliśmy do budki zamawiania taksówek. Thamel - 700 rupii (ok. 20 zł). Nikogo nie ma, więc czekamy. Żadnej kartki wracam za 5 minut. Czekamy. Ani kartki dziś nie pracujemy. Nadal czekamy. Nic się nie dzieje. Mucha przeleciała. I znów nic sie nie dzieje. Pytamy gościa z kantoru obok, czy prepaidy dzisiaj jeżdżą. A no jeżdżą. Tylko druga (i jedyna czynna) budka jest po wyjściu z lotniska. To byśmy się doczekali! Na domiar złego naprzeciwko rzeczonej budki jest bankomat. Działający! Na wymianie w kantorze straciliśmy 10 zł. A mogliśmy przep... wydać na głupoty.

Razem z nami i naszym kierowcą w taksówce siedzi jeszcze Santos, jak się przedstawił. A właściwie Santosh, ale najwyraźniej turystom łatwiej wymówić/zaakceptować Santosa niż Santosha. Kim jest Santosh? Oczywiście, że agentem turystycznym. Nasze 25 minut jazdy mija na przytakiwaniu mu, że tak, Nepal jest piękny (w zasadzie to skąd mamy wiedzieć, skoro dopiero przylecieliśmy?), że oczywiście pójdziemy na jakiś trekking, że jest tutaj tyle do zwiedzenia. Santosh dzielnie próbuje nam opchnąć jakiś pakiet. W ogóle w Nepalu pakiet to słowo klucz. Na każdym kroku ktoś nam będzie próbował opchnąć jakiś pakiet. Dzielnie robimy uniki. Kierowca nam trochę pomaga, brawurowo wymijając pieszych, skutery i samochody.

Może chcecie iść na trekking do ABC? Mamy pakiet na 10 dni.
Unik! Przechylamy się w lewo, kierowca wymija skuter, który zajechał nam drogę.
Rezerwowaliście już nocleg w Chitwan? Mamy pakiet nocleg i safari, pojeździcie na słoniach.
Unik! Przechylamy się w prawo, bo wymijamy właśnie śpiącego na drodze psa.
Ale Santosh Wytrwały się tak łatwo nie poddaje i nawija dalej. 😂


W ostatnich minutach pada to, na co czekałam od początku: macie whatsappa? Jako że postanowiłam przyjmować wszystko, co ofiarowuje nam Nepal, to biorę numer Santosha. Kto wie, może pewnego dnia będziemy potrzebować jego usług. Albo po prostu pomocy kogoś stąd.

34. godzina bez snu. Docieramy do hotelu. Dobranoc!


Kilka przydatnych linków, gdyby ktoś się wybierał w te strony:

  • opis aplikowania o wizę: https://www.immigration.gov.np/page/visa-on-arrival
  • aplikacja o wizę: https://nepaliport.immigration.gov.np/
  • arrival form: https://ccmc.gov.np/arms/person_add_en.php


Komentarze

Zobacz też

Arabski Ryanair

Czym Indie stoją? [Podsumowanie]

Symbol(-e) Hyderabadu